Autor Wątek: Micajah Ryan o powstawaniu AFD  (Przeczytany 901 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline naileajordan

  • Better
  • *******
  • Wiadomości: 3110
  • Płeć: Kobieta
  • "So never mind the darkness"
  • Respect: +3202
Micajah Ryan o powstawaniu AFD
« dnia: Maja 28, 2021, 06:42:23 pm »
+2
Micajah Ryan o powstawaniu AFD


*Zgodnie z sugestią @sunsetstrip łączę wątki z działu newsów w jeden artykuł.


Inżynier dźwięku Micajah Ryan pracował przy „Appetite For Destruction”.
Niedawno gościł w „Full in Bloom” i tam podzielił się wspomnieniami z czasów powstawania debiutanckiej płyty Guns N’ Roses.


Poniżej obszerne fragmenty wywiadu. 


„Opowiem ci pewną historię. Któregoś poranka, w czwartek, czekaliśmy na zespół, gdy [producent] Mike Clink otrzymał telefon. Menedżerka dzwoniła w sprawie mieszkania, w którym Gunsi wówczas pomieszkiwali.
Clink zaproponował, żebym dotrzymał mu towarzystwa, wskoczyliśmy więc do wozu i pojechaliśmy. Na miejscu czekała na nas zdenerwowana menedżerka. Wpuściła nas do środka i pokazała, w jakim stanie było mieszkanie. Każdy szklany element był rozbity. Okna, lustra, filiżanki, spodki… wszystko. Nawet lustro w łazience.
Właścicielka była oszołomiona i kompletnie nie wiedziała, co robić. Na szczęście Mike zachował się, jak należy. Obiecał, że wytwórnia pokryje straty, że wszystko zostanie naprawione i nie ma się czym przejmować. Przez całą drogę do studia śmiał się i kiwał głową. «Niewiarygodne», mówił”. 

Jak wyglądała wówczas praca nad płytą?

Zaczęliśmy od gitar rytmicznych, potem Slash nagrał kilka solówek. Tak naprawdę o kolejności zadecydował wokal. W ciągu dnia nagrywaliśmy gitarę rytmiczną, a potem solówki, żeby Axl mógł zjawić się wieczorem. 

Czy Izzy i Slash zjawiali się razem?

Przychodzili pojedynczo. Nagrywanie partii Slasha trwało dwa i pół, może trzy miesiące. Izzy uwinął się w jakieś trzy tygodnie. Wydawał się bardziej skupiony, podczas gdy Slash lubił trochę poeksperymentować. Axl dograł wokale na końcu.

Czy jest jeszcze coś, co chciałbyś nam opowiedzieć na temat Slasha?

Chciałbym zwrócić uwagę na jedną rzecz. Utarło się mówić, że Slash chodził do studia, żeby pograć. Otóż to nie było tylko granie, raczej ciężka praca. Naprawdę sporo się naharował. To nie była zabawa. 

Jak wyglądało to u Izzy’ego?

Izzy był wielki, a przy tym bardzo szybki. Nagranie wszystkich partii zabrało mu ledwie trzy i pół tygodnia, może miesiąc. Szybko się uwinął, a Mike [Clink, producent] też nie ślęczał nad jego materiałem, bo wiedział, że Izzy wie, co robi.
Przez cały czas miałem w głowie ten moment, gdy Bob Dylan śpiewa: „He knows his song well before he started playing”. To wypisz, wymaluj Izzy. Świetnie znał piosenkę, zanim w ogóle zaczął ją grać. Kiedy Slash nagrywał swoje partie, [Izzy] był w studiu, grając i słuchając kaset. Miał magnetofon i zawsze go ze sobą nosił. Słuchał wielu różnych piosenek.
Szczególnie utkwiła mi w pamięci jedna – „Keep Your Hands to Yourself” The Georgia Satellites. Po jakimś czasie, kiedy pracowałem już z nim solowo, Izzy zatrudnił gitarzystę z tamtego zespołu do własnej kapeli. Nie pamiętam już, jak ten człowiek się nazywał, w każdym razie był świetnym gościem i świetnym muzykiem. No i wspaniale dogadywał się z Izzym. Cudownie było patrzeć, jak czytają sobie w myślach.   
   
Axl zjawiał się w nocy. O której zwykle zaczynaliście?

O dwudziestej trzeciej. Początkowo to miała być dziewiętnasta trzydzieści, ale coś zawsze stawało na przeszkodzie. Z Axlem rzeczy miały się tak, że musiał być we właściwym nastroju, żeby śpiewać. W tamtych czasach był przekonany, że musi mieć odpowiednie nastawienie – odpowiednio gniewne nastawienie. Nie wydaje mi się, żeby nadal tak było. Nie mogę być tego pewien, ale nie sądzę, żeby nadal odbierał to w ten sposób. No i wciąż świetnie śpiewa.   
   
Jak zachowywał się w studiu?

Był bardzo skupiony, bardzo spokojny. Oczywiście podczas występów było inaczej, ale w studiu zachowywał się bardzo spokojnie. Nigdy nie podnosił głosu. Jak prawdziwy dżentelmen.

Czy Mike Clink miał jakąś metodę? Na przykład czy chciał, żeby Axl śpiewał od razu całość?

To dobre pytanie. Wszystko zależało od piosenki. Przy niektórych praca szła jak z płatka, inne wymagały więcej zachodu i wtedy różne partie były nagrywane w różnych momentach. Ogólnie Axl miał wielkie wyczucie tego, co powinien robić. Doskonale wiedział, czego dana piosenka potrzebuje, więc przychodził i po prostu to robił.

Czy coś w związku z Axlem szczególnie utkwiło ci w pamięci?

Zawsze – no dobra, może nie zawsze, ale naprawdę bardzo, bardzo często – przyprowadzał ze sobą swoją dziewczynę. Spodziewałem się, że ona w jakikolwiek sposób skomentuje to, co robił, lecz tak się nigdy nie stało.
On też nigdy jej o nic nie zapytał. Myślałem, że może rzuci coś w stylu: „Co o tym myślisz? Podoba ci się, jak to brzmi?”, ale nie zrobił tego ani razu.
Dobrze wiedział – podobnie jak oni wszyscy – że w tym zespole było coś niezwykłego. Nie umiałbym dookreślić, co dokładnie, ale to na pewno był magiczny czas. Wspaniale się bawiłem przy nagrywaniu tej płyty.

Tak wiele się wówczas nauczyłem… Dla mnie to było nowe doświadczenie, po raz pierwszy pracowałem nad albumem tak długo. Przy wcześniejszych płytach pracowałem co najwyżej tydzień; [w przypadku AFD] były to trzy miesiące… Dla mnie to była wielka lekcja. Nie musiałem wszystkiego robić naraz. Mieliśmy tydzień na jedną rzecz, dwa tygodnie na inną… Naprawdę daliśmy sobie tyle czasu, ile było konieczne, żeby wszystko zrobić, jak należy.

Czy mógłbyś powiedzieć coś jeszcze na temat Axla w studiu?

Bardzo rzadko żartował. Przeważnie zjawiał się, siadał, mówił o tym, co wydarzyło się w ciągu dnia albo co zauważył, a następnie wchodził do sali nagrań i zakładał słuchawki.
Czasem przychodził wcześniej, a czasem zaczynał śpiewać dopiero o pierwszej czy drugiej w nocy…

Czyli zdarzało wam się pracować od jedenastej przed południem do trzeciej, czwartej, piątej nad ranem?

Czwarta nad ranem? To był standard. Pracę zaczynałem o jedenastej, a kończyłem o czwartej następnego ranka, bo musiałem jeszcze pozamiatać, posprzątać… zadbać o to, żeby wszystko było gotowe na kolejny dzień i kolejną sesję. Zawsze miałem trochę dodatkowej pracy. Aczkolwiek Mike [Clink] bardzo starał się trzymać harmonogramu.   

Czy podczas tamtych sesji nagraniowych zdarzało ci się spotykać także Duffa i Stevena?

Jasne! Duff przychodził bardzo często. Nie twierdzę, że ciągle tam był, ale spędzał w studiu mnóstwo czasu. A ja [dzięki temu] spędziłem mnóstwo czasu z nim.
Za to Stevena praktycznie nie było. Właściwie nie miałem okazji poznać go bliżej. Owszem, spotkaliśmy się, ale jego partie były już wtedy nagrane i nie miał wiele do roboty. 

Partie Duffa też były już gotowe?

Owszem, ale Duff lubił kręcić się w pobliżu. Odkąd zacząłem z nimi pracować, ten facet zawsze, dosłownie zawsze miał w ręku czerwony plastikowy kubek z jakimś płynem w środku… Zapewne była to wódka z sokiem, bo to wówczas pijał. Pił wódkę, a potem, dla podratowania nerek, zapijał ją sokiem z żurawiny. 
Nigdy się nie zdarzyło, żebym zobaczył go bez kubka. Czasami trochę bełkotał, ale nigdy nie wyglądał na pijanego. Był bardzo przyjacielski i bardzo serdeczny.

Jakieś ciekawostki na temat Stevena?

Któregoś dnia zobaczyłem, jak łapie autostop. Właśnie jechałem do domu, żeby zjeść kolację przed nocną zmianą, kiedy wypatrzyłem go na przystanku autobusowym. Zatrzymałem się i go podwiozłem – i to był właściwie nasz jedyny kontakt. Powiedziałem mu: „Jeżeli jeszcze kiedyś będziesz potrzebował podwózki, chętnie pomogę”. Lubił jeździć autostopem. 

Kiedy wspominasz pracę nad „Appetite”, co przede wszystkim przychodzi ci na myśl?

Ta płyta spadła na mnie trochę jak grom z jasnego nieba. Szokujące doświadczenie, wielki album.   
Chociaż wtedy nie uświadamiałem sobie jego wielkości. Słuchając go, powinienem był pomyśleć: „To znakomite, k***a!”, ale z jakiegoś powodu tak się nie stało. Nie wiem, jak to opisać… Czasem, kiedy pracujesz nad płytą podobnego kalibru, nie zdajesz sobie sprawy z jej wspaniałości. Sądzę, że to dotyczy nie tylko mnie, ale też innych inżynierów. Dla nas to praca… Miałem rachunki do opłacenia, żonę i dzieci na utrzymaniu… im więcej zajęć udawało mi się znaleźć, tym było lepiej. Moim głównym zmartwieniem było utrzymanie rodziny.






Źródło
Źródło
Źródło


"Robiłem to w najlepszej wierze, jak mówił jeden gentleman, który uśmiercił swą żonę, gdyż była z nim nieszczęśliwa."

 

Robert Williams o niedoszłej okładce AFD

Zaczęty przez naileajordan

Odpowiedzi: 3
Wyświetleń: 2585
Ostatnia wiadomość Sierpnia 07, 2018, 12:09:09 pm
wysłana przez Meximax