Autor Wątek: Gilby o Nirvanie, grunge’u i perypetiach z płytami solowymi  (Przeczytany 212 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline naileajordan

  • Better
  • *******
  • Wiadomości: 2556
  • Płeć: Kobieta
  • "So never mind the darkness"
  • Respect: +2677
Gilby o Nirvanie, grunge’u i perypetiach z płytami solowymi
« dnia: Listopada 05, 2020, 10:41:43 pm »
0

 
Gilby Clarke rozmawiał ostatnio z Justinem Becknerem.
Mówił o swojej przygodzie z Guns N’ Roses, o Nirvanie, muzyce grunge i nie tylko.
 


Jak tam kwarantanna? Miałeś sporo roboty…

Są tacy, którzy narzekają, ale szczerze mówiąc, radzę sobie nieźle. Naprawdę nieźle. Zrobiłem parę rzeczy, a parę następnych pojawi się niebawem.
Jedna z nich to kwestia najbliższych dwóch, trzech tygodni. Świetna sprawa, choć nie ma nic wspólnego z płytą. Nagrałem z grupką przyjaciół pewien cover i sądzę, że jest naprawdę dobry. 
Zdarzyło mi się także grać z Mattem Sorumem. Towarzyszyli nam Blasko na basie, Lzzy Hale na wokalu, Slash… Wykonaliśmy „Come Together”, było też „It’s a Long Way to the Top” z Robinem Zanderem. Świetna zabawa.

Nic nie odbywało się na żywo, po prostu przesyłaliśmy sobie te kawałki i każdy nagrywał na własną rękę. Uwielbiam dostawać nagrania przygotowywane przez muzyków w prywatnych studiach, odkrywać ich brzmienie, ich wokal… Naprawdę dobrze się przy tym bawię.   

Niektóre z tych nagrań były całkiem ciekawe. Na przykład Post Malone grający Nirvanę… Nietuzinkowa rzecz.

Tak, widziałem to. Coś niewiarygodnego. Ja i Post Malone mieliśmy okazję zagrać ze sobą. Byłem zaskoczony tym, jak jest muzykalny i ile potrafi. Zdaje się, że wykonaliśmy nawet jakiś kawałek Nirvany i jego talent naprawdę zrobił na mnie wrażenie. 

W czasie, kiedy dołączałeś do Guns N’ Roses, Nirvana wydawali „Nevermind”. Jak początkowo zapatrywałeś się na ten zespół i narodziny grunge’u w ogóle? Jak oceniałeś ich z perspektywy członka obozu GNR?

Co ciekawe, poznałem ich wcześniej niż inni. Miałem podpisany kontrakt z Virgin Music Publishing, bo u schyłku lat osiemdziesiątych, w 1989 czy może 1990, współpracowałem z zespołem o nazwie Kill for Thrills. A ludzie z Virgin pracowali wówczas z Nirvaną. Dlatego wysłuchałem ich płyty, zanim ta w ogóle się ukazała, a słuchając, nie wiedziałem, czy to grunge, czy punk… nie byłem w stanie ich zdefiniować.

Przypominali mi kapelę punk rockową z elementami popu. Pomyślałem, że mają świetne piosenki i naprawdę interesujące brzmieniowo gitary. Brzmieli dla mnie obco, zresztą myślę, że nie tylko dla mnie. Nie byłem przygotowany na ich pojawienie się, a być może wszyscy powinniśmy byli się na to przygotować, bo świat hard rocka obrastał już wtedy w tłuszcz i się rozleniwiał.

To był podobny proces do tego, który stał się udziałem heavy metalu pod koniec lat siedemdziesiątych, gdy punk rock zaczynał święcić triumfy. Heavy metal też obrastał wtedy w tłuszcz. Tak ja to przynajmniej widziałem. 

W każdym razie wysłuchałem ich płyty i naprawdę byłem pod wrażeniem – zarówno samych kompozycji, jak i produkcji. Nie wiedziałem, jak mógłbym zaklasyfikować tę muzykę, bo nie miałem pojęcia, co to takiego grunge.

Czy w związku z twoimi powiązaniami z Virgin i sukcesem grunge’u pojawiły się naciski, żeby twoja pierwsza płyta solowa [„Pawnshop Guitars”] ciążyła ku tego rodzaju muzyce pod względem brzmienia? 

Nic z tych rzeczy. [Ludzie z wytwórni] chcieli, żebym nagrał taką płytę, jakiej sam pragnąłem. Bardzo mnie wspierali. Przy drugiej presja była już duża i szczerze mówiąc, to właśnie dlatego postanowiłem nie nagrywać dla Virgin.

Sporo się zmieniło i kiedy około roku 1996 pojawił się temat drugiego albumu, wytwórnia popychała mnie w stronę… nie pamiętam, jaki to był zespół, w każdym razie nie chodziło o Alice In Chains ani Nirvanę. Nie pamiętam, jakie kapele były wtedy na fali. Nickelback czy coś podobnego.
Tak czy inaczej, ich piosenki to zupełnie nie była moja bajka. Długo to trwało, ale w końcu podjąłem decyzję. Myślę, że przede wszystkim należy być uczciwym w stosunku do siebie. Jasne, człowiek powinien próbować nowych rzeczy, ale mnie tego rodzaju zmiana nie odpowiadała.
 
Dlaczego twoim zdaniem pojawiła się presja? Myślisz, że miało to związek z twoją współpracą z Gunsami?     
Myślę, że różnicę pomiędzy pierwszą a drugą płytą można wyjaśnić w znacznie prostszy sposób. Naturalnie, wkład Gunsów, a nawet ludzi spoza obozu GNR, jak Frank Black czy Robert Affuso, był bardzo istotny. Ale kluczową rolę okazało się odgrywać to, że tamte piosenki nie były nowe. Jedynym świeżym kawałkiem był „Cure Me or Kill Me”; reszta powstała jeszcze za czasów Kill for Thrills, tyle że nie trafiła na ich druga płytę. Skomponowałem te piosenki, zanim zacząłem grać z Guns N’ Roses.

Jednym słowem, na napisanie pierwszej płyty miałem dziesięć lat, a na napisanie drugiej – rok. To miało nie mniejsze znaczenie niż fakt, że Gunsi pomogli mi w nagrywaniu pierwszego albumu.

Na pierwszej płycie pojawili się Axl, Slash, Duff, Sorum i Dizzy. Czy inicjatywa wyszła od ciebie, od wytwórni czy raczej od nich?     

Zdecydowanie od wytwórni. Choć to nie był żaden warunek. Mimo że podpisałem kontrakt na płytę już za czasów mojej kadencji w Guns N’ Roses, to, jak mówiłem, moje relacje z Virgin zaczęły się wcześniej.

Tak, to nie był warunek, ale ludziom z wytwórni zależało na tym. Pytali, czy nie byłoby super, gdyby Gunsi pojawili się na płycie, a ja odpowiadałem, że owszem, poproszę ich o to, ale nie będę naciskał. Okazało się, że mogę liczyć na nich wszystkich – na każdego z nich.

Nie mogę wypowiadać się za nich, ale wydaje mi się, że upatrywali w tym przede wszystkim szansy na zrobienie czegoś po powrocie do domu z długiej trasy. Po prostu potrzebowali czegoś, czym mogliby się zająć”.       






Źródło
"Robiłem to w najlepszej wierze, jak mówił jeden gentleman, który uśmiercił swą żonę, gdyż była z nim nieszczęśliwa."

 

Gilby: "Reunion byłby krokiem w tył"

Zaczęty przez Emma

Odpowiedzi: 16
Wyświetleń: 4377
Ostatnia wiadomość Grudnia 08, 2013, 07:17:01 pm
wysłana przez Włodi