Gilby Clarke udzielił niedawno wywiadu 2LaneLife. Były gitarzysta Guns N’ Roses mówił między innymi o tym, z czego jako muzyk jest najbardziej dumny.
„Z czego jestem najbardziej dumny? Ciekawe pytanie… Na początku… kiedy w Guns N’ Roses nastąpił krach i miał rozpocząć się wieloletni zastój, ja byłem w zespole od zaledwie trzech lat. Chłopaki mogli sobie pozwolić na muzyczną emeryturę i zarzucić pracę, ale ja? Ja musiałem pracować. Właśnie wtedy rozpocząłem karierę solową. Nadal byłem członkiem zespołu, ale miałem też własne piosenki. Tak to się zaczęło.
Jedna z pierwszych tras koncertowych, w które wyruszyłem, była trasą po Ameryce Południowej. Kiedy Gunsi grali na tym kontynencie, na każdy koncert przychodziło po 80 tysięcy osób. Byliśmy jak The Beatles – nie sposób było wytknąć nosa z hotelu, żeby nie natknąć się na tłumy dzieciaków. Rok później powróciłem tam z moim projektem solowym. Supportowałem Aerosmith, ale w rzeczywistości ludzie przychodzili na koncert dla mnie. Dzięki temu, że grałem w GNR, dzieciaki gromadziły się pod hotelem – dla mnie, nie dla Aerosmith. To było niesamowite! Wspaniałe chwile. Zresztą kiedy tam wracam, ludzie nadal tłumnie przychodzą na moje koncerty. Minęło trzydzieści lat, a oni wciąż są moimi fanami”.
„Każdy z nas zalicza wzloty i upadki”, dodał Gilby. „Miałem i dobre, i złe lata, na szczęście biznes mojej żony zawsze się kręcił. W takich chwilach trzeba po prostu zacisnąć zęby. Poza tym myślę, że jeśli człowiek jest autentyczny w tym, co robi… to autentyczność zapewnia [muzyczną] długowieczność”.
Źródło