Autor Wątek: Nie w tym życiu? A jednak! Bender - myśli zebrane.  (Przeczytany 303 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Bender

  • Byli moderatorzy/newsmani
  • Better
  • *****
  • Wiadomości: 2973
  • Płeć: Mężczyzna
  • I don't need your civil war.
  • Respect: +1690
Nie w tym życiu? A jednak! Bender - myśli zebrane.
« dnia: Czerwiec 23, 2017, 01:34:05 pm »
+2
Wstęp: moją relację pisałem dla osób spoza forum, więc tłumaczyłem w niej kilka rzeczy, które wałkowaliśmy tu od miesięcy, więc wy je znacie. Proszę o wyrozumiałość :P

Po dwu i pół-letniej przerwie w koncertowaniu wracam do gry. I to z przytupem. Rok 2016 przyniósł fanom Gunsów przegrupowanie, czyli powrót trzonu klasycznego składu. Po czym nowy-stary skład wyruszył w gigantyczną trasę, a ogłoszenie Europy, a w tym Polski to była niemal formalność. Co prawda widziałem Axla, Slasha i Duffa na żywo, jednak pojedynczo, w końcu mogłem ich zobaczyć dzielących scenę.

Tym razem wypadło na północ Polski. Mimo, że jestem z Wrocławia to nie widziałem w tym problemu, bo to zawsze okazja, żeby zobaczyć Morze i zaklepać sobie dłuższy urlop. Bursztynowy Stadion Energa prezentuje się znakomicie, co tylko potęgowało we mnie emocje przedkoncertowe. Najgorsze jest to czekanie, ale jak już wspominałem na forum, nie wiem kiedy zleciało te dwieście dni od czasu kupna biletu.

Oczywiście nie odbyło się bez kontrowersji, czyli supportu Virgin z Dodą na czele. Polscy fani oburzyli się niemiłosiernie, że jak tak można, ale jak powszechnie wiadomo od czasu pamiętnego koncertu w Łodzi Doda i Slash utrzymują kontakt. Ba, nawet nasza rodzima wokalistka dostała zaproszenie na jeden z pierwszych koncertów w zeszłym roku w Las Vegas. A co ja o tym myślałem? W sumie było mi wszystko jedno, po tylu koncertach, które widziałem to supporty rzadko kiedy przykuły moją uwagę. Weszła Doda w świecących kozaczkach z udziskiem i piersią na widoku, pośpiewała pół godziny i zeszła ze sceny. Nagłośnienie miała fatalne, bo zapowiadając cover swojego ulubionego rockowego zespołu (prócz GN’R rzecz jasna) nie mogłem rozgryźć co to w ogóle jest za kawałek. Jak się okazuje występowi Virgin z boku przyglądał się Slash…

Co ciekawe na koncercie był także Nergal, czyli ex Dody. Po całym show na ich instagramowych kontach można było znaleźć zdjęcia zza kulis, jej ze swoim ulubionych gitarzystą, a jego z Duffem i podziękowaniami dla Dela Jamesa za zaproszenie. To się nazywają znajomości. Drugi support Killing Joke zaminusował u mnie jeszcze przed pierwszym numerem. Wszedł wokalista na scenę, prawie bezbłędnie powiedział „Dzień dobry”, po czym przestawił się na angielski, przedstawił zespół i stwierdził, że kocha nas. Zabrzmiało to bardzo sztucznie, bo nie widział tej publiki w ekstazie. Później było jeszcze gorzej, bo wołał na publikę „Europe Union”. Debil. A muzycznie? W ogóle nie moje klimaty.

Zmęczonym siedmiu godzinnym staniem pod sceną w Rybniku stwierdziłem, że tym razem udam się na trybunę premium, żeby całe oczekiwanie spokojnie wysiedzieć. Nie odbyło się bez spiny, bo niekompetentna obsługa informowała wchodzących, żeby zajmowali którekolwiek miejsca, bo podobnie jak górne trybuny również są nienumerowane, co doprowadziło do kilku awantur, przepychanek, a nawet rękoczynów. Ja na szczęście zasiadłem na swoim miejscu.

Tym razem nie trzeba było długo czekać. Pierwsze intro Looney Tunes nie zbudowało fajnego klimatu, bez wizualizacji na telebimie. Wielu pewnie nie zdawało sobie sprawy, że TO już się zaczyna. Drugie intro The Equalizer zbudował juz większe napięcie, bo wszystko na scenie zgasło. McBob wygłosił swoją przemowę, którą próbuję skleić. Chwila ciszy, napięcie sięgające zenitu i wiem, że już nikt nie zatrzyma tego pociągu. Pierwsze dźwięki basu, jest Duff, wchodzi Slash z charakterystycznym riffem i na koniec wbiega Axl jakby nie widział końca sceny i zespół zaczyna jak kiedyś od It’s So Easy. Richard i reszta sekcji rytmicznej trzyma się na uboczu. Póki co liczy się tylko ta trójka. Tłum wariuje, ryków i owacji nie ma końca. Istne szaleństwo. Patrzę i nie wierzę, że oni grają tu i teraz razem. Coś niesamowitego. Jaka energia! Jaki zapał! Największą uwagę przykuwa jednak Axl, nie jest zakryty jak w Rybniku za kapeluszem. Ten image bardziej mu służy.

Następnie nadchodzi pora na Mr. Brownstone, tu Axl nieco zwalniał z tonacją w refrenie, ale nie kuło to w uszy. Nie od wczoraj wiadomo, że wersja na żywo różni się od tej studyjnej. Piosenka na cześć heroiny nadal jest ważna w życiu niepraktykujących już Gunsów. Na trzeci utwór czekałem jak dziecko na Gwiazdkę. Otóż uwielbiam krążek Chinese Democracy i kocham Slasha, teraz po raz pierwszy mogłem usłyszeć na żywo jak on sobie radzi z tytułowym utworem. Początek jest świetny, co idealnie współgra z wyrastającymi czerwonymi dłońmi na telebimie, a następnie się zamienia w chińskie Gunsowe logo. Swoją drogą miło ze strony zespołu, że nie zapomnieli o nim. Solówka nieco przekombinowana, wyszła bezpłodnie, ale reszta utworu bez zarzutu.

Riff wprowadzający do Welcome To The Jungle to idealna okazja, aby trochę podrażnić się z fanami, kiedy jednak Kierownik ryknie „You know where you are?!” to już wiadomo, że żarty się skończyły. Głos żyleta, do tego na telebimach mnóstwo telewizorów nawiązujących do teledysku i czaszek Wielkiej Trójki z okładki Appetite. Najbardziej czekałem na zakończenie utworu, którego brakowało dwadzieścia lat - chwila wyciszenia, kontakt między Slashem i Frankiem i to klasyczne koncertowe zakończenie. Miodzio! Ferrer zaczyna wybijać tempo na perkusji, a Slash rozpoczyna długą improwizację, która finalnie ma się przerodzić w Double Talkin’ Jive, jednak Axl krzyczy „stop”, jednak bez odzewu reszty zespołu, więc odwraca się do nich i karze zatrzymać wszystko. Po wyciszeniu skłania się do lewej części golden circle, aby zrobili krok do tyłu, bo robi się za duży ścisk. Po czym dodaje, że świetnie się bawimy i nas kochają. Bardzo miły i troskliwy gest ze strony Rose’a. Tu już wymienił więcej zdań do publiki niż przez cały koncert w Rybniku. Wznowione Double Talkin’ to w większości popisy i improwizacje gitarowe Slasha wyciśnięte do ostatnich dźwięków.

Przy okazji przegrupowania wielu się zastanawiało czy zespół porzuci kompozycje z Chinese Democracy. Plotki głoszą, że Axl chciał tak zrobić, jednak Slash z Duffem wyszli z inicjatywą, żeby zostawić niektóre utwory w secie z małą modyfikacją. Takim przykładem jest Better z całkiem nowym wstępem. Tak się zastanawiam po co ta zmiana, skoro i tak intro przechodzi w zgrzytliwy riff, który wypada znakomicie, gorzej z solówką, która jest przekombinowana, jakby Slash aż za nadto chciał przełożyć ją na swój styl. Estranged zagranie na złotym Gibsonie Les Paulu brzmi epicko, byłem tak zahipnotyzowany, że nie wiem kiedy zleciała ta 9-minutowa ballada. Co ciekawe przy swojej solówce Dizzy został przedstawiony „On the piano”, a nie jak na Live Erze „On the keyboards”. Jak zwykle Reed spotkał się z wielkim entuzjazmem publiki. Live and Let Die, nieśmiertelny cover Wings to stały punkt koncertowy, którego nie jestem w stanie pojąć. Gunsi dysponują bogatą dyskografią, a jednak posiadają stałe punkty swojego show. Szkoda jedynie, iż zrezygnowali z buchających słupów ognia zsynchronizowanych z perkusją. Co ciekawe na kilka sekund przed refrenem Axl zaczął machać do fanów z boku sceny i śmiał się z pełnym bananem na twarzy jak go zauważyli, po czym płynie przeszedł w dalszy śpiew. Humor mu dopisywał.

Rocket Queen z przedłużonym intro to majstersztyk! Linia basu nigdy mi się tu nie znudzi, a co ciekawe pierwsze skrzypce, a raczej gitarę gra tu o dziwo Fortus. Jest to świetnym rozwiązaniem, bo Slash obrzydził mi ten kawałek swoją wydłużoną do granic możliwości improwizacją grając z Konspiratorami. Od Richarda bije swoboda, luz i autentyczność. Widać, że granie to dla niego czysta przyjemność. W przyrodzie jednak musi być równowaga i druga część utworu należy do Slasha i jego ukochanego talkboxu. Sam Axl wypada nadzwyczaj dobrze, po głosie nie słychać jeszcze zmęczenia. You Could Be Mine zostało zapowiedziane przez Rose’a jako miłosna piosenka. Hejterzy, co wy macie do Ferrera? Po tym utworze widać, że daje radę. Może miał na początku problemy ze zgraniem się ze Slashem i Duffem, ale dotarli się. Refren ratował McKagan wokalem wspierającym, bo Kierownik łapał zadyszkę, widać, że potrzebował przerwy…

…która nadeszła, kiedy Duff staje przed głównym mikrofonem i śpiewa aksamitnie intro You Can't Put Your Arms Around A Memory, które przechodzi płynnie w punkowe Attitude. Krótki, skoczny kawałek basisty, który wykonywał już za czasów Use Your Illusion Tour. Istny powrót do przeszłości. Swoją drogą McKagan prezentuje się znakomicie, wolny od nałogów, wysportowany, pewny siebie, niby trzyma się na uboczu, a jednak gra główną rolę. Wraca Axl z This I Love. Przy tym kawałku mam chyba najwięcej zastrzeżeń, mimo, że jestem usatysfakcjonowany jego wykonaniem. Rose wyciągał wysokie tony, jednak często dyszał. Ten kawałek wyczerpuje go wokalnie i emocjonalnie, co niestety widać. Większy problem z nim ma jednak Slash, który nie radzi sobie z solówką Robina Fincka. Odnoszę wrażenie jakby chciał ją zagrać jak najszybciej i przejść w kolejny utwór. Tu się rodzi pytanie czy gitarzysta ma problem z odegraniem jej czy za bardzo przekształca na swój styl, co wychodzi nijako?

Mija szybki moment i wkracza Slash z czarnym double-neckiem i akustycznie odgrywa wstęp do Civil War, a na ekranie za nim migają kontury żołnierzy. Zarówno w Katowicach jak i Krakowie czekałem, aż kudłaty gitarzysta zagra to na podwójnej gitarze. W końcu w Gdańsku wynagrodzono mi to. Wyszło fenomenalnie, miałem obawy co do wokalu, że bardziej będzie pisk niż śpiew, jednak myliłem się. A na sam koniec zwieńczenie hendriksowkim Voodoo Child. Następnie zaskoczenie - Yesterdays w bardzo fajnej, chillowej aranżacji.  Zegary z cofającą się tarczą na telebimach wzmacniały tylko przesłanie nostalgicznego utworu. Środkowy telebim zamienia się w ekran respiratora, a Duff buduje na basie pełny napięcia wstęp do Comy. Coś niesamowitego. Długo marzyłem, aby Axl albo Slash kilka lat wcześniej wprowadził ten kawałek w koncertowy obieg i w końcu się doczekałem. Wyszedł on fantastycznie. Następnie Axl przedstawia poszczególnych członków zespołu, gdzie każdy zostaje przywitany oklaskami i okrzykami, jednak kiedy nadchodzi pora na Slasha to widownia wprost oszalała. To pokazuje ilu fanów w Polsce uzbierał sobie gitarzysta przez trzy solowe koncerty.

Slash zostaje sam na scenie i rozgrzewa co raz szybciej palce na gitarze, co płynnie przechodzi w jego słynny popis - Goodfather Theme. Sam główny motyw był nieco bardziej przeciągnięty na gitarze niż zwykle, fajnym dopełnieniem solówki było logo Slasha z czaszką z papierosem i piszczelami z okresu solowego. Przechodzimy płynnie w Sweet Child O’ Mine, kawałek, którego początkowy riff rozbuja każdego. Czekałem na ten moment, bo w poprzedniej aranżacji przed przegrupowaniem DJ Ashba i Bumblefoot kaleczyli solówkę rozbijając ją na dwie gitary. Ale nie okłamujmy się - nikt nie zagra tego jak Kudłaty. Z Zurichu zaczęły napływać filmiki i gify jak to Slash przeciąga niemiłosiernie końcówkę utworu tworząc kolejną improwizację, a niemający co robić Richard, Duff i Axl opierają się o wzmacniacz i cierpliwie pozwalają mu skończyć. Tego samego widoku doświadczyliśmy w Gdańsku, tylko, że nie było już w tym spontaniczności.

Chwila napięcia, demoniczny wstęp i po raz pierwszy na żywo mam okazję usłyszeć My Michelle. Jakiegoś wielkiego entuzjazmu nie wzbudza, ale fajnie, że była. Jeden z najpiękniejszych momentów wieczoru właśnie nadszedł. Fortus i Slash wchodzą z dwóch stron na podest nad perkusją i spokojnie gitara w gitarę odgrywają Wish You Were Here z repertuaru Pink Floyd. Na długo przed ponownym zejściem wiedziałem, że Richard jest najbardziej utalentowanym gitarzystą, który się ostał w szeregach GN’R i marnuje się na partiach rytmicznych (chociaż miał też czasem swoje stałe solówki). Duet gitarowy wyszedł epicko, Slash i Fortus jakby konkurowali ze sobą, kto zagra lepiej, jednak z wzajemnym szacunkiem znając swoją rolę. Od dawna wiedziałem, że jak ci dwaj staną obok siebie na scenie to wyjdzie z tego najlepsza para gitarzystów, jaką fani Gunsów widzieli.

W międzyczasie na środkowym pomoście sceny zawitało pianino, do którego zasiadł Axl. Szybka rozgrzewka palców na intro i outro Layli i przechodzimy w November Rain. Kolejne wielkie, ponadczasowe dzieło i pewniak w secie. Po cichu liczyłem, że przy trzecim solo Slash wejdzie na pianino, jednak ten woli stać obok, a za perkusją z góry sceny wylewała się ściana zimnych ogni, co tylko dodało klimatu monumentalnemu zwieńczeniu. Slash ponownie z double-neckiem gra króciutki refren Only Women Bleed i rozpoczyna kolejną balladę słynnego noblisty. Knockin’ On A Heaven’s Door, to kawałek na chwilę wytchnienia, takie zwolnienie przed wielkim finałem. Sprawdza się idealnie - tu czynny udział w śpiewaniu biorą także fani. Swój wielki popis pod koniec ma Fortus. Czy mówiłem już jaki on jest ZA***STY?

Teraz kompletnie nie wiem czego się spodziewać. Zaczyna grać Dizzy na klawiszach, nie mogę skojarzyć dźwięków, nie są mi znajome. Wchodzi gitara i olśnienie! Black Hole Sun z repertuaru Soundgarden, utwór, który jest hołdem dla Chrisa Cornella. Tutaj forumowicze z Nightrain Station przygotowali akcję, żeby zapalić latarkę w telefonie i w ten sposób oddać hołd zmarłemu niedawno muzykowi. Stadion zabłysł, co chwytało za serce. Siła tkwi w prostocie. A sam kawałek? Widać, że Gunsi się w nim świetnie odnajdują i grają z lekkością. Bardzo zacny gest z ich strony. Czy gdzieś z pobliżu jest stacja kolejowa? Bo słyszę nadciągający pociąg… Nie! To Nightrain! Podwójnie odśpiewany refren i jazda. Slash miota się po całej scenie, tłum szaleje. Najbardziej energiczny gunsowy kawałek, który domyka podstawowy set, a telebimy wizualizują ostrą jazdę bez trzymanki pociągiem. Zespół na chwilę schodzi ze sceny, a wielu myśli, że to już koniec i kieruje się ku wyjściu. Nie mogli być w większym błędzie. O czym zapomniałem to na początku utworu Rose rzucił fanowi pod sceną mikrofon i szybko udał się po nowy.

Duff, Richard i Slash powracają z akustycznymi gitarami. To oznaczać może tylko jedno - Patience.  Modliłem się wręcz, aby zagrali ten utwór na moim koncercie, co nie było takie pewne, bo był prezentowany wymiennie z Don’t Cry i uwierzcie mi, że żadne kalkulacje nie były w stanie przewidzieć co zabrzmi w Gdańsku. Jednak najpierw krótki jam o nazwie Mellisa od Alman Brother Band’s. Czyżby to na cześć nowego klawiszowca? W drugiej zwrotce po odśpiewaniu „I sit here on the stairs 'Cause I'd rather be alone” Axl specjalnie kaszle i kwituje „Bullshit”. Żartowniś. Moment, na który najbardziej czekałem to solówka, którą z ciężkim sercem przyznaję Slash spieprzył po całości. Jego gitara wydawała się być źle nastrojona i gdybym nie znał na pamięć Patience to bym nawet się nie domyślił co on w tym momencie brzdąkał. Gdyby tylko wyszedł na tę piosenkę z double-neckiem jak za czasów Velvetów. Do tematu Slasha wrócę jeszcze w podsumowaniu, bo mam kilka zarzutów.

Jak już wspominałem Gunsi mają zamiłowanie do wykonywania kilku coverów na swoich występach. Tu kolejny niemal stały punkt The Seeker od The Who. co raz słyszę narzekanie, czemu nie zagrają swojego numeru zamiast tego, ale ja lubię ten utwór i mi nie przeszkadza. Ponownie zespół świetnie się w nim odnajdują, a Fortus odgrywający solówkę powala publikę na kolana. I zbliżamy się do końca. Zostało już tylko Paradise City. O dziwo Axl zagwizdał w dobrym momencie i rozpoczęło się kulminacyjne szaleństwo przeszyte wydłużonymi improwizacjami, co fantastycznie domknęło niesamowity koncert. Pod koniec wybuchły serpentyny w białym i czerwonym kolorze (przypadek?) i race w wielu kolorach, co tylko umocniło finał, a Slash zwieńczył go grając gitarą na karku, jak to ma w zwyczaju od dłuższego czasu, a Axl rzuca ostrożnie w tłum mikrofon. Już po wybitych ostatnich dźwiękach na głównym ekranie pojawia się złote logo z krwią, a zespołu dumnie kłania się przed podekscytowaną widownią. Gitarzyści rozrzucają kilka kostek i znikają ze sceny.

Koniec.

To był piękny koncert i spełnienie moich marzeń. Zobaczyłem Guns N’ Roses w prawie klasycznym składzie, którzy grali trzy godziny swoich największych hitów, improwizacji i coverów. Największe wrażenie zrobił na mnie Axl, który nie był bucem jak pięć lat temu, tylko tańczył, zagadywał publikę, uspokajał szalony tłum, machał do osób pod sceną i co chwilę się uśmiechał. Jak kiedyś stwierdził, że w tym życiu nie zagra już ze Slashem tak ironicznie nazwano trasę koncertową - Not In This Lifetime. Duff to człowiek mocno stąpający po ziemi. Bije od niego pewność siebie, ale i skromność. Tłumy za nim szaleją, jednak ten wcale nie gwiazdorzy. Identycznego człowieka poznałem pod sceną w Łodzi. Jak już wspominałem najwięcej zarzutów mam do Slasha, bo stara się aż za bardzo. Każdy utwór kończył przydługawą improwizacją, co bardzo gubiło publikę, która klaskała od dłuższego czasu po zakończonym utworze, a on jeszcze nie wydobył wszystkich dźwięków. Jestem bardzo szczęśliwy, że nie ma oporu do grania chińszczyzny, jednak wolałbym, żeby solówki odstąpił Fortusowi, który jest bardziej obeznany w tym temacie, a tak z pod jego ręki wypadają przeciętnie, co jest niedopuszczalne dla gitarzysty takiego formatu jakim jest Slash. Jednak te wady, które wymieniłem są zarówno zaletą, bo niemiłosierne przeciąganie tylko pokazuje jak Kudłaty dobrze się czuje na koncertach, co przekłada na swój talent.

Perełką wśród Gunsów jest jednak Richard. Trzymający się na uboczu (w wielu momentach próbowałem go zlokalizować), jednak jak nadchodzi jego moment to daje z siebie 200%, co zachwyca. Jeśli będzie nam dane usłyszeć nową płytę spod szyldu GN’R to o gitary jestem spokojny. Melissa Reese, pierwsza kobieta jako oficjalny członek zespołu odpowiada za klawisze, syntezatory i o ile się nie mylę to za efekty wizualne na telebimach, po których jestem pod ogromnym wrażeniem. O Reedzie już mówiłem, że fani go kochają, a do Ferrera żadnych zarzutów nie mam. Nie przeszkadza mi jego gra.

Po cichu liczyłem, że zespół doceni publikę za żywiołowość jakimś ekstra utworem nie granym na codzień. To był zdecydowanie dobry koncert. Pomimo kilku potknięć dostałem wielkie show, jakiego oczekiwałem po tym zespole. Mnóstwo kolorów, wybuchów, wizualizacji i improwizacji instrumentalnych, które były wstępami do wielu utworów. Widać, że Gunsi świetnie się razem bawią na scenie, pozytywna energia od nich bije. Stąd nasuwa się pytanie czy zespół potrzebował przegrupowania bardziej niż fani?

"He loved guns and roses..."
GN'R 11.07.12/20.06.17
SLASH 13.02.13/20.11.14
WALKING PAPERS 12.06.14

Offline Tymeg_2

  • Welcome to the jungle
  • *
  • Wiadomości: 137
  • Płeć: Mężczyzna
  • Respect: +43
Odp: Nie w tym życiu? A jednak! Bender - myśli zebrane.
« Odpowiedź #1 dnia: Czerwiec 23, 2017, 02:27:31 pm »
+2
IMO to za ostre określać kogoś debilem. Szczególnie z tak błachych powodów.
Nie można zapisywać w katalogu załączników. Twój załącznik lub awatar nie może być zapisany.

Offline Bender

  • Byli moderatorzy/newsmani
  • Better
  • *****
  • Wiadomości: 2973
  • Płeć: Mężczyzna
  • I don't need your civil war.
  • Respect: +1690
Odp: Nie w tym życiu? A jednak! Bender - myśli zebrane.
« Odpowiedź #2 dnia: Lipiec 06, 2017, 09:42:29 am »
0
Czy ignorancja jest błahym powodem? Jak dla mnie to brak szacunku dla publiki.

"He loved guns and roses..."
GN'R 11.07.12/20.06.17
SLASH 13.02.13/20.11.14
WALKING PAPERS 12.06.14