Autor Wątek: Axl Rose – wywiad dla „Rolling Stone”, 1992  (Przeczytany 1907 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline naileajordan

  • Atittude
  • ******
  • Wiadomości: 1589
  • Płeć: Kobieta
  • "So never mind the darkness"
  • Respect: +1564
Axl Rose – wywiad dla „Rolling Stone”, 1992
« dnia: Styczeń 07, 2018, 03:12:28 pm »
+7
       Axl Rose – wywiad dla „Rolling Stone”, 1992


       Enigmatyczny lider Guns N’ Roses opowiada o swoim traumatycznym dzieciństwie, zachodzących w zespole zmianach i ciążącej na nim opinii mizogina, homofoba i bigota.


       Kim Neely



Axl Rose podczas koncertu w Londynie, 31 sierpnia 1991



       Zaledwie przed kilkoma minutami Axl Rose, rozciągnięty na podłodze w pokoju w Las Vegas, narzekał na brak prywatności. Teraz, jakby na potwierdzenie jego słów, rozlega się pukanie do drzwi. Rose podnosi się, spogląda w ciemność, żeby sprawdzić, kto to, i natyka się na dwie starannie umalowane fanki, którym udało się ominąć ochronę.
       „Mam nadzieję, że wiesz, że musiałyśmy się mocno napocić tylko po to, żeby się z tobą przywitać”, mówi pierwsza z dziewcząt.
       „Jestem tutaj wyłącznie dlatego, że ona mnie przywlokła”, tłumaczy druga. „Nie przepadam za Guns N’ Roses”.

       Biorąc pod uwagę ciągnącą się za Rose’em opinię choleryka, spodziewam się irytacji albo przynajmniej kpiącego uśmiechu z gatunku tych „sama widzisz, o czym mówię”. Tymczasem Rose wita się z dziewczynami jak pan domu, którego w Halloween odwiedzają dzieci z „żarcikiem lub ciasteczkiem”. Zaprasza je do środka i z uśmiechem zadaje pytania: Mieszkacie tutaj? Jak się nazywacie? Jak dowiedziałyście się, gdzie się zatrzymałem?
       Okazuje się, że aby wyciągnąć od ochrony numer pokoju, dziewczyny udały, że są prostytutkami. Rose wydaje się zafascynowany tą opowieścią. Dziewczyny są wyraźnie pod wrażeniem. Zostają na około godzinę, a Rose okazuje się doskonałym gospodarzem – opowiada im dowcipy, zaprasza na kolację, a nawet śmieje się z małych przytyków („Jutro wyjdziesz na scenę punktualnie czy nie?”). Traktuje je tak, jak gdyby zakradanie się do pokoju całkowicie obcego człowieka było czymś zupełnie naturalnym.

       Jest koniec stycznia, wieczór poprzedzający wyprzedany koncert. Rose jest w świetnym humorze. Taki jego nastrój tuż przed wywiadem można uznać za dar niebios, jeżeli miało się do czynienia z Axlem w złym humorze. Kiedy czuje się pod presją albo ma zły dzień, rozmowa z nim przypomina uchylanie się przed pociskami. Szybko wyrzuca z siebie słowa, rzadko robi przerwy na zaczerpnięcie oddechu i nawet najbardziej niewinny komentarz może wyprowadzić go z równowagi. Nie jest miłym doświadczeniem znaleźć się z nim w pokoju sam na sam i patrzeć, jak jego twarz chmurzy się z powodu czegoś, co się powiedziało. W takich chwilach ma się ochotę wziąć nogi za pas i uciec.

       Ale jeśli trafi się na właściwy moment, Rose potrafi być czarującym i niezwykle interesującym rozmówcą. Kiedy jest odprężony, wydaje się rozkoszować wyzwaniami, które wywiad nieuchronnie ze sobą niesie, a wytrącenie go z równowagi zakrawa na niemożliwość. Mówisz mu, że zdecydowana większość uważa, ze jest rozpuszczony, a on nieoczekiwanie przytakuje. Informujesz go, że bohater ostatniej powieści Stephena Kinga opisuje go jako dupka, a on pyta z nadzieją: „To dobra czy zła postać?”. Im trudniejsze pytanie mu zadajesz, z tym większym przekonaniem przedstawia swoją opinię. 

       Podczas naszej rozmowy Rose wypowiedział się na szczególnie drażliwe tematy. Mówił o odejściu z Guns N’ Roses pod koniec zeszłego roku gitarzysty rytmicznego Izziego Stradlina. Wyjaśnił, dlaczego spóźnia się na koncerty, dlaczego toczy nieustanną walkę z mediami, dlaczego ciąży na nim opinia mizogina, homofoba i człowieka nietolerancyjnego. Po raz pierwszy wdał się w szczegóły odnośnie swojego traumatycznego dzieciństwa, które prawdopodobnie ukształtowało jego drażliwą naturę. Opisał dramatyczne wspomnienia związane z biologicznym ojcem, które wypłynęły w wyniku terapii regresywnej, i skierował poważne zarzuty pod adresem swojego ojczyma. (Nie udało się skontaktować z biologicznym ojcem Rose’a ani poznać jego opinii na ten temat; krewni utrzymują, że ten człowiek nie żyje. Brat Rose’a, jego siostra oraz przyjaciel rodziny potwierdzili zasadność zarzutów Axla. Matka i ojczym lidera GNR powstrzymali się od komentarzy.)

       Mówiąc o swoich najwcześniejszych latach, Rose zmienia ton na bardziej łagodny i kontemplatywny, obnażając tę rzadko okazywaną wrażliwość, która swego czasu kazała Sinead O’Connor powiedzieć, że Rose „sprawia, iż ma się ochotę zabrać go do domu i poczęstować miską zupy”. Być może właśnie ta zaskakująca wrażliwość, połączona z drażliwym usposobieniem, które stało się jego znakiem rozpoznawczym, czyni z Axla tak fascynującą postać.

       Tego samego wieczoru, kiedy odbył się wywiad, siostra Rose’a, Amy, kręciła się po hotelu Mirage i podziwiała pokazywane tam białe tygrysy. Wyznała, że fascynuje ją to, jak jedno stworzenie może być zarazem drapieżne i miłe.
       „Zupełnie jak Axl”, rzucił ktoś w roztargnieniu.       
       Amy wybuchnęła śmiechem, bo dotarło do niej, że niechcący opisała również brata.



       RS: Jak sądzisz, co ludzie myślą obecnie na twój temat?

       AR: To kwestia nienawiści i miłości. Mam zagorzałych fanów, ale są i tacy, którzy żywią do mnie głęboką nienawiść.

       RS: Czy czujesz, że nastawienie opinii publicznej do ciebie się zmieniło? 

       AR: To, co pisze się o nas w prasie, w większości jest negatywne. Ale myślę też, że zyskujemy coraz więcej fanów, ludzi w różnym wieku, którym naprawdę podoba się to, co robimy. Wyczuwam wśród publiczności dobre wibracje. Ciepło. 

       RS: Co powiesz o St. Louis? Po tamtych wydarzeniach do redakcji „Rolling Stone” spłynęły listy od osób, które twierdziły, że mają dość twojego zachowania i że fani w ogóle cię nie obchodzą.

       AR: To z tego powodu ich zdaniem doszło do zamieszek? Tak twierdzą?

       RS: Nie, ale sądzę, że te zamieszki były punktem zwrotnym, gdy idzie o opinię publiczną i jej nastawienie do ciebie. 

       AR: Myślę, że sposób, w jaki media przedstawiły tę sprawę, spowodował, że cała odpowiedzialność za tamte wydarzenia spadła na mnie. Tymczasem ja wcale nie uważam, jakobym był kroplą, która przepełniła czarę. Myślę, że decydujące znaczenie miały tutaj osoby, które postanowiły rzucać w nas przedmiotami. Mamy z ludźmi, którzy byli na tym koncercie, duży problem. Graliśmy dla nich przez 90 minut. Zrobiliśmy to, co przewidywała umowa, i zrobiliśmy to dobrze. Oni uważali, że należy im się więcej, i byli przekonani, że to dostaną – bez względu na to, co się z nami działo i co my sami o tym myśleliśmy. Kiedy mówimy „Fuck St. Louis”, mamy na myśli ludzi, którzy zdemolowali tamto miejsce. Oni wiedzą, że chodzi o nich – nie mamy na myśli nikogo więcej. To, że skoczyłem ze sceny z powodu aparatu fotograficznego, nie jest wystarczającym powodem, żeby niszczyć. Zapowiedziano, że wrócimy na scenę, ale ich bardziej interesowała bójka niż nasz występ.       

       RS: Tym, co bardzo drażni ludzi, są godziny koncertów. Dlaczego zaczynacie tak późno?   

       AR: Wsłuchuję się w mój wewnętrzny zegar. Czuję się lepiej, występując w nocy. Wcześniej nic nie wydaje się działać tak, jak powinno. Poza tym to nasz koncert. To nie jest tak, że celowo każę ludziom czekać. Te półtorej czy dwie godziny spóźnienia to dla mnie piekło, bo przez cały ten czas gorąco pragnę znaleźć drogę ucieczki z miejsca, w którym się znajduję, a jednocześnie wiem, że to niemożliwe. Spóźniam się zawsze. Zawsze marzyłem, aby w moim testamencie znalazła się adnotacja, że kiedy umrę, moja trumna ma przybyć na pogrzeb z półgodzinnym poślizgiem, a z boku ma widnieć złoty napis: „przepraszam za spóźnienie”.

       RS: Co dzieje się tuż przed wyjściem na scenę? Z jakiego konkretnie powodu się spóźniasz?

       AR: Chiropraktyk, który jest z nami na trasie, bandażuje mi kostki. Dawniej ciągle wykręcałem kostki podczas koncertów i to zdarza się do tej pory. Moje kostki są słabe, zawsze tak było. W przeszłości brałem udział w biegach przełajowych i te problemy ujawniły się już wtedy. Dlatego korzystam z pomocy chiropraktyka. Korzystam też z usług masażysty, ponieważ stres odbija się na moim organizmie, a po tym to, co robię na scenie, muszę się regenerować. Ćwiczę też głos. W lutym [1991 – przyp. red.] zacząłem terapię i ona ciągle trwa. Jeżeli nagle wypływa jakiś poważny problem, a ja wiem, że za cztery godziny mam koncert, muszę jak najszybciej znaleźć rozwiązanie, żeby potem nie wyjść na scenę i nie rozsypać się na przykład podczas „Jungle”. Presja związana z koncertami w chwili, kiedy w moim życiu dzieje się tyle rzeczy, jest trudna do zniesienia. Kiedy graliśmy koncert w Finlandii, nie mogłem zrozumieć, dlaczego robię to, co robię. Podczas „Civil War” usiadłem, patrzyłem na moje wargi, patrzyłem na mikrofon, ludzi na scenie… i nagle wszystko zgasło. To na pewno nie służy widowisku. Chcemy być najlepsi w tym, co robimy. Jeżeli to znaczy, że wychodzimy na scenę z dwugodzinnym opóźnieniem, ale w zamian dajemy świetny koncert, idę na to. Bardzo poważnie traktuję to, co robię.       

       RS: Myślisz, że fani traktują twoje problemy poważnie? Czasami ludzie nie widzą w sławnych artystach istot ludzkich, ale przedmioty albo swoją własność – samo docenianie muzyki czy sztuki im nie wystarcza, muszą czuć się posiadaczami. 

       AR: Tak, to dziwne zjawisko. Nie podoba im się, kiedy mówię, że nie jestem ich własnością. Tymczasem chwilami nawet ja nie jestem panem samego siebie [śmiech]

       RS: Załóżmy, że fanka zaczepia cię na ulicy i mówi: „Słuchaj, kupiłam wszystkie twoje płyty, ale mam po dziurki w nosie twojego zachowania. Idę na koncert, ty spóźniasz się dwie godziny, a ja następnego dnia muszę iść do pracy. Masz mnie gdzieś”.

       AR: Gdybym miał fanów gdzieś, wychodziłbym na scenę i odwalał lipę. Posłałbym ich do diabła. Śpiewałbym byle jak i machał na to ręką. Ale zależy mi, a poza tym za bardzo szanuję samego siebie, żeby coś takiego zrobić. Dziwię się, kiedy ludzie mówią: „Rano muszę iść do pracy”. Gdyby mieli iść z kimś do łóżka, nie martwiliby się o porę. Wiem, że to trudne, ale wyjście na scenę też takie jest. Przykro mi. Staram się wynagrodzić fanom spóźnienie, dając dobry koncert i wyjaśniając najlepiej, jak umiem, to, co działo się w mojej głowie, kiedy mnie nie było. 

       RS: Kiedy jesteś na scenie i mówisz o czymś, co bardzo cię drażni, czy przychodzi ci do głowy, że publiczność mogłaby zareagować dokładnie tak samo bez względu na twoje słowa?

       AR: Tak. Zmieniłem nastawienie, kiedy zagraliśmy pierwszy koncert w Dayton, w Ohio. Powiedziano nam, że jesteśmy idealnym zespołem dla Ameryki Davida Duke’a. Do diabła z Davidem Duke’em, nie cierpię być z nim zestawiany. Zadałem publiczności pytanie: „czy właśnie to wyciągacie z naszych piosenek – że jesteśmy rasistami? I wspieracie nas? To nieprawda”. „Czy tylko to dostrzegacie w naszej płycie? Kokainę i balangi? Bo jeśli tak, to mogę sobie pójść choćby zaraz. Nie po to tutaj jesteśmy”. Pociągnąłem publiczność za język i uzyskałem naprawdę ciekawe odpowiedzi. Sposób, w jaki zareagowali, był dość niecodzienny. Jedni milczeli, inni się cieszyli. Było widać, że dałem im do myślenia.       

       RS: Wielu ludzi myśli: „Axl jest niewiarygodnie bogaty, sławny i rozpuszczony. Nie ma powodów, żeby narzekać, a mimo to ciągle kaprysi. To rozpuszczony smarkacz”.

       AR: To prawda.

       RS: Naprawdę tak myślisz?

       AR: Czasem tak. Owszem, jestem bardzo rozpuszczony. Rozpuściłem samego siebie. Ale nauczę się lepiej sobie z tym radzić. To wszystko jest takie nowe… Tym niemniej, na wiele rzeczy, na które ja się skarżę, skarżą się też wszyscy pozostali. Tyle że oni nie robią tego publicznie. 

       RS: Na przykład?

       AR: Jak wyrzucić kogoś, kto sieje ferment i tworzy problemy podczas koncertu. Wielu wokalistów po prostu zwróciłoby się do kogoś z ochrony i wszystko zostałoby rozwiązane po cichu. Ja wolę zmierzyć się z taką osobą osobiście, wolę przerwać piosenkę i powiedzieć: „Widzisz? Wyrzuciłeś kasę na koncert, a teraz musisz stąd wyjść”. Jeżeli ta osoba próbuje mnie prowokować, mówiąc coś w rodzaju: „Chodź tutaj, skur***synu, skopię ci dupę”, odpowiadam: „Nie, nie skopiesz mi dupy. Idziesz do domu. Gramy koncert, słucha nas 20 tysięcy innych osób, nie zniszczysz tego. Wracasz do domu”. Bo gdybym rzucił się między ludzi, wdał w bójkę i koncert należałoby przerwać, tłum byłby zachwycony.   

       RS: Dlaczego musiałeś rzucić się w tłum? Dlaczego nie mogłeś po prostu przymknąć na to oka?

       AR: A dlaczego miałbym przymykać oko?

      RS: Dlaczego musiałeś dać tym ludziom satysfakcję?

       AR: Dlaczego nie miałem próbować przywołać ich do porządku? I dlaczego nie miałem zrobić tego publicznie? To było zaniedbanie. Nie idę na koncert zespołu, jeżeli uważam, że jest beznadziejny. I jeśli ktoś przychodzi na koncert Guns N’ Roses z takim przeświadczeniem, mówię mu: „Wracaj do domu, nie chcemy cię tutaj”. Gdybyś wydała w swoim domu przyjęcie i ktoś przez cały wieczór powtarzałby ci, że jesteś beznadziejna, poprosiłabyś go, żeby wyszedł. Kiedy wychodzimy na scenę, to my jesteśmy gospodarzami, a publiczność to nasi goście. Zarzucono mi, że myślę, iż moje gówno nie śmierdzi. Tymczasem śmierdzi, czasem może nawet bardziej niż gówno innych ludzi. Nie zamierzam jednak przyznawać się do błędu, dopóki ktoś mi nie udowodni, że faktycznie go popełniłem.     

      RS: Niedawno wyznałeś, że nienawidzisz występować.

       AR: Po prostu myślę, że to bardzo dziwna praca. Nie twierdzę, że jest zła, tak jak nie twierdzę, że jest fantastyczna. Utrzymywanie się w formie, wymaga dużych nakładów pracy. Chcesz każdej nocy wychodzić na scenę i „odpalać” jak dobry samochód? Musisz to robić? To staje się pracą. Nie chcę niczego odbierać temu, co robimy, ale to po prostu praca. A ja czasem wolałbym robić coś innego.     

       RS: Robienie tego, co robisz, na pewno coś ci daje. Co to takiego?

       AR: Możliwość dania ujścia energii. Wyrażania siebie tak, jak chcę. Świadomość, że osiągnąłem cel, który sobie postawiłem, daje powody do dumy. Zdarzają się krótkie chwile, kiedy udaje mi się porozumieć z kimś, z kim nigdy dotąd nie porozumiewałem się naprawdę. Pewnego wieczoru, gdy byłem w podłym humorze, Matt [Sorum – przyp. red.] podszedł do mnie, położył mi rękę na ramieniu i powiedział: „Wszystko będzie dobrze, bracie”. Te małe sprawy są naprawdę wyjątkowe. Odkąd skład zespołu się zmienił i pojawiły się nowe osoby, po raz pierwszy poczułem się jak w domu. Wcześniej była nasza piątka przeciw całemu światu. Teraz wnieśliśmy trochę zewnętrznego świata do zespołu. Tej nocy, kiedy po raz pierwszy wystąpiliśmy w nowym składzie, siedziałem przy fortepianie, grałem „November Rain”, rozglądałem się wokół siebie i byłem bardzo szczęśliwy, że jestem tego częścią.

       RS: Rozmawiałam z osobami, które wolały, kiedy zespół był mniejszy. Dodałeś instrumenty dęte, chórki i klawisze. Wasze koncerty są dzisiaj znacznie bardziej profesjonalne i dopracowane.     

       AR: Nie sądzę, żeby traciły na tym coś ze swojej energii. Wręcz przeciwnie, jest jej więcej. Myślę, że ludzie już dawniej dostrzegali ten potencjał.

       RS: Są puryści, którzy wolą surowe brzmienie, coś jak Sex Pistols czy Guns N’ Roses w pierwszych latach.

       AR: Owszem. Są też ludzie, którym podoba się to, że dziewczyna wciąż nosi tę samą fryzurę co przed dziesięciu laty. Rozumiem to. Rozumiem to bardzo dobrze. Ale rozwijamy się i jesteśmy sobą. Gdzieś przeczytałem słowa Davida Bowie’ego, który stwierdził, że dla niego Pink Floyd to Syd Barrett. Odpowiadam: „Owszem, ale jak można lekceważyć to, czego dokonali po nim?”. Pewne aspekty naszej muzyki, sposobu bycia na scenie i zachowania wciąż są takie jak kiedyś, ale my nie jesteśmy już tymi samymi ludźmi. Być może dla purystów byłoby lepiej, gdybyśmy umarli albo rozwiązali zespół. Dzięki temu nasza muzyka na zawsze pozostałaby taka, jakiej oni chcieli. 

       RS: Nie wspomnieliśmy dotąd o Izzym. Dlaczego odszedł z zespołu?

       AR: Jeżeli chcesz uzyskać jasną odpowiedź, musisz o to zapytać Izziego. Jestem przekonany, że Izzy nigdy nie chciał czegoś tak wielkiego. Nie chciał brać na siebie takiej odpowiedzialności. Nie odpowiadały mu standardy, które ja i Slash wyznaczyliśmy.   

       RS: Mógłbyś podać przykład?

       AR: Nie chciał nagrywać teledysków.

       RS: Czy wyjaśnił, dlaczego?

       AR: To nie leży w jego naturze. Proszenie go, żeby przysiadł nad własnymi kawałkami, było jak wyrywanie zęba. Kiedy Izzy ma piosenkę na taśmie, dla niego jest ona gotowa. Nie powiem, ja też lubię taśmy, ale gdybyśmy nagrywali materiał po amatorsku, bylibyśmy skończeni. Ludzie oczekują albumu wysokiej jakości. Izziego bardzo trudno było do tego przekonać – nawet, gdy w grę wchodził jego własny materiał. Piosenki Izziego znalazły się na płycie, ponieważ ja chciałem, żeby się na niej znalazły. Izziemu było to właściwie obojętne. Ten, kto uważa, że nie szanuję Izziego albo nie doceniam jego talentu, grubo się myli. On był moim przyjacielem. Nie zawsze miałem rację. Zdarzało się, że bardzo błądziłem, a on pomagał mi wrócić na właściwą drogę. Tyle że ja od pierwszej chwili chciałem, żebyśmy osiągnęli coś wielkiego, natomiast Izzy miał zupełnie inne plany. Myślę, że chciałby robić coś w stylu X-Pensive Winos [zespół Keitha Richardsa – przyp. red.]. Być może świat zyska kolejny świetny zespół. Ja z pewnością będę chciał poznać ich nagrania z wyprzedzeniem, jak każdy.   

       RS: Czy naprawdę możesz obwiniać kogoś za to, że rzucił coś, w czym się nie odnajdywał?

       AR: Absolutnie nie. Ale mogę go obwiniać – podobnie jak ktoś inny może obwiniać mnie – za sposób, w jaki odszedł. Gdzieś napisano, że Izzy przyszedł do mnie i powiedział: „Wiesz, chyba nie czuję się na siłach, żeby to ciągnąć”, a ja odparłem: „Tak, i cholernie się boisz, k***a”. Cóż, w rzeczywistości było inaczej.   

       RS: A jak było?

       AR: Kręciliśmy teledysk do „Don’t Cry” i on miał brać w tym udział. Tymczasem przysłał króciutki, chłodny w tonie liścik, a sam się nie pojawił. Pisał: „Jeżeli zmieni się to i tamto… wrócę w styczniu”. To były absurdalne żądania, których nie mogliśmy spełnić. Przez cztery i pół godziny rozmawiałem z nim przez telefon. Były chwile, że płakałem i błagałem go. Robiłem, co było w mojej mocy, żeby zatrzymać go w zespole. Przedstawiłem mu też warunki. Jeżeli nadal będzie się zachowywał po swojemu, to odbije się na jego zarobkach. W myśl zasady: „Nie przykładasz się tak jak inni”. Slash i ja musieliśmy nieźle się trudzić, żeby podtrzymać entuzjazm publiczności. Czasami człowiek stoi na scenie i myśli: „To cholernie trudne. Dwoję się i troję, a tamten po prostu sobie stoi”.   

       RS: Jest w tym pewien urok. To między innymi dzięki niemu Guns N’ Roses było tak fascynujące. Na scenie było pięć różnych osobowości.

       AR: Zgoda. Ale jeżeli ktoś wstaje o 6:30 rano, robi sobie rowerowe i motorowerowe wycieczki, kupuje modele samolotów i wkłada energię w coś innego, podczas gdy my wkładamy całą energię w to, co robimy, mamy prawo czuć się oszukani. Mam nadzieję, że nowy album Izziego będzie fantastyczny. Ale jednocześnie myślę sobie: „Dlaczego nie mógł zrobić tego z nami?”. Nie chciał tego zrobić. 

       RS: Czyli gniewasz się na niego, bo nie chciał być tym, kim ty chciałeś, żeby był?

       AR: Nie, to nie tak. Gniewam się, ponieważ odszedł w podły sposób, a teraz zachowuje się tak, jakby wszystko było w najlepszym porządku. Pokłada zaufanie w osobach, które uważam za swoich wrogów. Mam na myśli na przykład Alana Nivena [były manager Guns N’ Roses – przyp. red.], który z tego, co wiem, jest teraz jego managerem. Nie chcę, żeby Alan Niven wiedział cokolwiek o Guns N’ Roses. W każdym z nas jest trochę dobra i trochę zła, ale ja naprawdę nie chcę już mieć do czynienia z Alanem. Sytuacja wygląda tak: „Jeżeli zadajesz się z tym ludźmi, my nie możemy zadawać się z tobą”. 

       RS: Zmieńmy temat. Kontrakt z mediami, który wszedł w życie przed rozpoczęciem trasy, wywołał oburzenie wśród dziennikarzy. Wydawało się, że próbujecie kontrolować to, co pisze się o zespole. Sądzę, że te zarzuty nie są pozbawione podstaw. 

       AR: Nie sądzę, żeby dziennikarze zrozumieli, co nami kierowało. Nie chcieliśmy, żeby pisano o nas zbyt dużo. Istnieje coś takiego jak przesyt. Poza tym staraliśmy się oddzielić dupków od ludzi, którzy są w porządku. Wiesz, gdybyś zgodziła się nadstawić karku i podpisać ten przeklęty kontrakt, wiedzielibyśmy, że nie próbujesz nas okpić. Byli tacy, którzy zgodzili się podpisać kontrakt, a my powiedzieliśmy im, że to nie było konieczne.   

       RS: Ale rozumiesz, że nawet dziennikarz, który nie zamierza wam zaszkodzić, mógłby odmówić podpisania kontraktu?

       AR: Nie wiem. Może taki, który myśli, że chcemy, aby pisano o nas w samych superlatywach.

       RS: Tak zostało to odebrane. Kontrakt gwarantował wam prawo do zatwierdzania wszystkiego, co pisano na wasz temat. Bez względu na to, kto był autorem.

       AR: To nie tak. Chcę, żeby to, co się pisze, było prawdziwe. Nigdy nie chciałem tekstu w stylu „Steven Adler jest na wakacjach”. Chciałem, żeby napisano: „Steven Adler jest na piep***m odwyku” [Adler, były perkusista Guns N’ Roses, został wyrzucony z zespołu za nadużywanie narkotyków – przyp. red.]. Chciałem prawdy. Być może cieszyłbym się, gdyby ta prawda była odrobinę bardziej optymistyczna, ale zawsze byłem za rzeczywistością i takie właśnie rzeczywiste informacje na temat zespołu chciałem czytać. Rozumiem, że chwilami może się wydawać, że chcemy, aby wszystko, co się o nas pisze, było bez zarzutu. Musieliśmy też dojść do porozumienia z czasopismami muzycznymi. Wielu młodych ludzi je kolekcjonuje, a my wolelibyśmy, żeby czytali w nich rzeczy prawdziwe, a nie wyssane z palca. Od trzech czy czterech lat nie udzielam wywiadów dziennikarzom z „Hit Parader” czy „Circus”. 

       RS: Stwierdziłeś, że nie wierzysz, iż napiszą to, co faktycznie powiedziałeś. 

       AR: Tak. Nie mówię, że to, co piszą, jest złe. Ale kiedy ktoś przypisuje ci głupie słówka, których tak naprawdę nie powiedziałeś… na przykład Slash miał powiedzieć coś w rodzaju: „cóż, potrząśniemy nim i zobaczymy, co się wydarzy”… Slash nigdy by czegoś takiego nie powiedział i czuł się z tym naprawdę głupio. Kiedy czyta się te słowa z perspektywy czasu, wcale nie brzmią tak źle, ale byłoby znacznie lepiej, gdyby pisano to, co naprawdę powiedzieliśmy. Sądzę, że udowodniłem już, iż nie jestem kłamcą.   

       RS: Kiedy ostatnimi czasy byłeś w Nowym Jorku, obraziłeś się z powodu recenzji, którą Jon Pareles opublikował na łamach „New York Timesa”, i zaprosiłeś go na scenę. [Opisując koncert Guns N’ Roses w Madison Square Garden, Pareles określił publiczność jako „dziwnie zachowawczą”. Dziennikarza poproszono, żeby poszedł na koncert, który miał odbyć się nazajutrz, i „wyjaśnił publiczności, z jakiego powodu nie bawiła się dobrze” – przyp. red.].

       AR: W rzeczywistości chciałem po prostu porozmawiać. Nie zamierzałem go ośmieszać.

       RS: Ale dla niego to byłoby jak spacer po polu minowym. Bez względu na to, co by powiedział, publiczność by go wygwizdała i wiwatowała na twoją cześć.

       AR: Nie miał odwagi, żeby bronić tego, co napisał, i został zdemaskowany.

       RS: Wielu ludzi mogłoby powiedzieć, że zapraszając go do konfrontacji na twoim terenie, to ty zachowałeś się jak tchórz. Dlaczego do niego nie zadzwoniłeś i nie zaproponowałeś rozmowy na neutralnym gruncie?

       AR: Nie zamierzam dać zarobić „Timesowi” ani grosza więcej. To był cholernie zły artykuł. Gówniane dziennikarstwo. Mógł napisać: „Mnie osobiście koncert się nie podobał. Myślę, że są beznadziejni”. Ok, zgoda. Świetnie. Ty masz prawo uważać, że jesteśmy beznadziejni, a ja mam prawo myśleć, że jesteś dupkiem. Ale nie próbuj przedstawiać tego tak, jak gdyby nikt się dobrze nie bawił.   

       RS: A może po prostu opisał sytuację tak, jak on ją postrzegał?

       AR: To by znaczyło, że ma ze sobą poważne problemy i nie powinien tam być i pisać o naszym koncercie. Dzisiaj na koncerty Guns N’ Roses przychodzą inni ludzie niż kiedyś. On tego nie zrozumiał. Wiele osób, które słuchają nas od lat, też tego nie rozumie, ale to wyczuwa. Dobra zabawa jest czymś bardzo dziwnym dla kogoś, kto w życiu dobrze się nie bawi. Jeżeli nie wiesz, co znaczy przyjemność, uznajesz ją za coś dla panienek.

       RS: Skąd twoim zdaniem biorą się te przyjemne odczucia, skoro większość waszych piosenek raczej trudno uznać za „przyjemne”?   

       AR: To coś, co tkwi głębiej, to głębszy przekaz. Tworzymy piosenkę, bo chcemy wyrazić złość, wyrzucić ją z siebie. „Dobra, zrobiliśmy to, teraz mogę stawić czoła osobie, którą właśnie nazwałem dupkiem”. Wiesz, to jest zdrowe. Tyle że świat tak nie działa. Świat nie chce, żebyśmy się tak zachowywali.

       RS: Przeszkadza ci, że ludzie uważają cię za mizogina, homofoba i rasistę?

       AR: To bywa denerwujące. Zarzut rasizmu jest wyssany z palca. Użyłem słowa, które było tabu. I użyłem go właśnie dlatego, że było tabu. Byłem wściekły, bo grupka ciemnoskórych próbowała mnie okraść. Chciałem wytknąć te konkretne osoby. Nie zamierzałem w żaden sposób opowiadać się za rasizmem. Mówiąc „faggots”, nie przypuszczałem ataku na gejów w ogóle. Raczej na pewien ich element. Nieco wcześniej usłyszałem historię człowieka chorego na AIDS, który wyszedł z więzienia gdzieś w okolicach Los Angeles i prostytuował się. Kilkakrotnie zetknąłem się z agresywnymi gejami i to wyprowadziło mnie z równowagi. Biblia mówi: „Nie osądzaj”. Myślę, że wydałem osąd i to było obraźliwe.
       Zarzut rasizmu jest głupi. Rozumiem, że ludzie mogą tak uważać, ale ja miałem na myśli coś zupełnie innego. Sądzę, że pewna forma rasizmu będzie istniała zawsze – choćbyśmy całym sercem pragnęli pokoju – ponieważ ludzie się od siebie różnią. Czarna kultura jest inna. Pracuję z czarnoskórym człowiekiem każdego dnia [chodzi o Earla Gabbidona, ochroniarza Axla – przyp. red.] i on jest jednym z moich najlepszych przyjaciół. Niektóre jego zachowania są typowe dla czarnoskórych. To może mi się podobać. Tego rodzaju rzeczy po prostu istnieją. Zawsze będą istnieć.

       RS: Ludzie boją się tego, co jest inne.

       AR: To dotyczy wszystkiego. Nawet przedstawicieli tej samej rasy czy płci. Pewnego dnia może zdarzyć się coś, co ich do siebie zbliży, ale różnice nie zanikną. Najważniejsze jest to, że piosenka „One in a Million” skłoniła ludzi do zastanowienia się nad problemem rasizmu. Wielu uważało, że śpiewałem o całej rasie czy społeczności. To nieprawda. Zresztą na płycie znalazły się też przeprosiny. Może nie jakoś szczególnie ładnie napisane, ale są na każdej okładce. Jak dotąd, nikt tego nie zauważył. Nikt.   

       RS: A piosenki uchodzące za objaw mizoginii? Wielu uważa, że kawałki w rodzaju „Back Off Bitch” czy „Locomotive” odzwierciedlają twoją opinię na temat kobiet.

       AR: Tak, i to jest złe. Jestem w stanie to zrozumieć, bo płyty dopiero się ukazały. Lecz „Back Off Bitch” to piosenka, która ma 10 lat. Ciężko pracowałem nad sobą i odkryłem, że mam duży żal do kobiet. Kiedy przyszedłem na świat, moja matka odtrąciła mnie. Gdy pojawił się mój ojczym, wolała jego ode mnie i bezczynnie patrzyła, jak on mnie bije. Prawie nigdy nie stanęła w mojej obronie. Tylko jeśli sytuacja stawała się naprawdę poważna, po fakcie przychodziła mnie pocieszać. Nie miałem od niej wsparcia. Moja babka też miała problemy z mężczyznami. Kiedy cofnąłem się pamięcią w przeszłość, odkryłem, że pewnego dnia usłyszałem przypadkiem, jak ubliża mężczyznom. Miałem wówczas cztery lata. Od tamtej pory trudno mi było radzić sobie z własną męskością. Byłem wściekły na babkę za jej problemy z mężczyznami i za to, jak przez nią czułem się jako mężczyzna. I właśnie to opisałem w piosenkach.

       RS: Ta złość musiała odbić się na twoich związkach.

       AR: Dla kobiet obecnych w moim życiu byłem piekłem, a kobiety były piekłem dla mnie. Często płaczę, gdy uświadamiam sobie, jak strasznie się nawzajem traktowaliśmy. Erin [Everly, była żona Rose’a – przyp. red.] i ja traktowaliśmy się koszmarnie. Bywało wspaniale, ponieważ dzieci, które w nas żyją, były najlepszymi przyjaciółmi. Ale potem zatruwaliśmy sobie wzajemnie życie. Pisałem o tym w chwilach frustracji.
       Złość, negatywne emocje przerażają ludzi i słusznie są uważane za niebezpieczne. Nie sądzę, aby nasza muzyka skłaniała do żywienia tego rodzaju uczuć. Jeżeli ktoś tak ją odbiera, jest w błędzie. My po prostu mówimy, że ktoś ma prawo tak się właśnie czuć. Jeśli uparcie dopatrujesz się w tym zła, to twój problem. Ja tak nie robię. Większość moich tekstów zostawiłem za sobą. Już w lutym, kiedy rozpoczynałem terapię, wiele rzeczy było za mną. Rozgrzebywanie tego, co siedzi we wnętrzu, wymaga ciężkiej pracy. Ja pracuję nad tym na trasie. Niektóre problemy wypływają o czwartej po południu, kiedy najmniej się tego spodziewam.   

       RS: A przedstawienie musi trwać!

       AR: [śmiech] Właśnie! Przedstawienie musi trwać. Ale… ja kocham kobiety. Pamiętam, że podczas ostatniego wywiadu dla „Rolling Stone” powiedziałem, że lubię patrzeć na kobiety, które są ze sobą. Wkrótce potem do redakcji spłynęły listy od organizacji broniących praw lesbijek, moja wypowiedź została uznana za „niesmaczną”. Zgoda, może i jestem niesmaczny, ale nie miałem zamiaru powiedzieć niczego niesmacznego. Uważam, ze kobiety są piękne. Nie lubię patrzeć, jak ludzie są traktowani instrumentalnie. Kiedy przeglądam czasopisma dla mężczyzn i patrzę na nie pobieżnie, to, co widzę, może przypaść mi do gustu. Ale kiedy wiem, że osoba ze zdjęć boryka się z poważnymi problemami, a ktoś, kto zorganizował sesję, po prostu ją wykorzystuje, robi mi się niedobrze.     

       RS: Czy opowiesz mi o swoim dzieciństwie coś bliżej?

       AR: Jasne.

       RS: Jakie jest twoje pierwsze wspomnienie?

       AR: Pamiętam, że miałem wrażenie, że już tu kiedyś byłem. W ręku trzymałem pistolet-zabawkę. Wiedziałem, że to tylko zabawka, ale nie miałem pojęcia, skąd pochodzi ta wiedza. Poddałem się terapii regresywnej i udało mi się dotrzeć aż do chwili poczęcia. Wiem mniej więcej, co działo się w tamtym okresie.   

       RS: Czy możesz opowiedzieć o tym, co odkryłeś?

       AR: To, że… ciąża mojej matki nie była chciana. Matka miała z jej powodu wiele problemów i ja byłem tego świadomy. To powoduje, że człowiek staje się bardzo niepewny siebie i tego, jak jest postrzegany. Mój biologiczny ojciec był bardzo podejrzanym typem. Na początku niewiele mnie obchodził. Nie podobał mi się sposób, w jaki traktował moją matkę. Nie podobał mi się sposób, w jaki traktował mnie samego, zanim się urodziłem. Dlatego kiedy przyszedłem na świat, miałem tylko nadzieję, że niebawem umrze. 

       RS: Mówienie o tym, że wiesz, co działo się przed twoim urodzeniem, niektórym może się wydawać dziwne.

       AR: Nie obchodzi mnie to. Terapia regresywna na tym właśnie polega i jeśli ktoś ma z tym problem, może iść do diabła. Dla mnie ona jest ważna, pomaga mi złożyć w jedną całość poszczególne elementy mojego życia. Umysł wszystko magazynuje. Jakaś cześć człowieka jest świadoma od samego początku, zbiera informacje i reaguje na nie. Ilekroć uświadamiam sobie, że mam z czymś problem, mogę przyznać to przed samym sobą. W takich sytuacjach zadaję sobie pytanie: „Ok, jak to się zaczęło?” i zaczynam cofać się wstecz.     

       RS: Czego się dowiedziałeś?

       AR: Zepchnąłem w niepamięć większość mojego dzieciństwa. Kiedy byłem dzieckiem, często nękały mnie straszne koszmary. Spaliśmy na łóżkach piętrowych, a ja spadałem na podłogę i wbijałem zęby w dolną wargę. Prześladowały mnie okropne sny. To trwało całe lata.

       RS: Przypominasz sobie, co dokładnie ci się śniło?

       AR: Nie. Pamiętam tylko jeden sen. Śniło mi się, że jestem koniem. Czy kiedykolwiek widziałaś te filmy, w których dzikie konie galopują i wszystko wydaje się takie… ciężkie? Właśnie to mi się śniło. Śniło mi się, że zostałem porwany i przeniesiony do filmów. Bardzo głupich filmów. To działo się wbrew mojej woli, nie mogłem tego kontrolować i byłem przerażony. Nie rozumiałem tego snu. Podówczas wiedziałem tylko, że jestem koniem i ktoś chce zaangażować mnie do filmu. W tamtych czasach moje myśli zajmowali tylko Mr. Ed albo Francis. Ten sen zawsze tkwił mi w pamięci i teraz wreszcie go rozumiem. Kiedyś nie wiedziałem, czego dotyczą moje koszmary. Moi rodzice twierdzili, że wydarzyło się coś tragicznego, mrocznego, okropnego. Nie wyjaśnili jednak, co to było, tracili głowę na każdą wzmiankę o moim biologicznym ojcu. Dowiedziałem się o nim dopiero w wieku siedemnastu lat. Aż do tamtej pory sądziłem, że ojczym jest moim ojcem. Lecz pewnego dnia znalazłem jakieś ubezpieczenie i dyplom mojej matki. Widniało tam nazwisko Rose. Odkryłem, że nie urodziłem się jako Bailey. Urodziłem się jako William Rose. Tym niemniej, nazywam się W. Rose, ponieważ William był dupkiem.       

       RS: Twoja matka poślubiła twojego biologicznego ojca, kiedy była w szkole średniej?

       AR: Tak. Jej oczy nadal ciemnieją, kiedy o tym mowa – tamten człowiek był draniem. Dzięki terapii odkryłem, że on i moja matka żyli jak pies z kotem. Pewnego dnia ktoś mnie nie dopilnował i on mnie porwał. Pamiętam igłę. Pamiętam ukłucie. I pamiętam, że ten człowiek wykorzystał mnie seksualnie, a kiedy moja matka po mnie przyszła, spotkało ją coś strasznego. Nie znam szczegółów, ale to odbiło się na mnie fizycznie. Miałem problemy z nogami i mięśniami. Zepchnąłem to w niepamięć, bo to był jedyny sposób, żeby poradzić sobie z tym okropieństwem. Zepchnąłem to w niepamięć, żeby przeżyć, ale nigdy się z tym nie pogodziłem. Widok mojej matki z tym mężczyzną sprawił, że myślałem o kobietach agresywnie i z pogardą. Miałem dwa lata, łatwo było na mnie wpłynąć. Doszedłem do wniosku, że takie traktowanie kobiety jest czymś normalnym. Myślałem, że seks to władza, a jednocześnie coś, co czyni człowieka bezradnym. Wpojono mi wiele wypaczonych przekonań, z którymi musiałem żyć. Nieważne, kim starałem się być – zawsze wlokło się za mną to, co widziałem. Czy jestem homofobem? Myślę, że mogłem mieć problem, jeśli mój ojciec piep***ł mnie, kiedy miałem dwa lata. Owszem, miałem z tym problem.       

       RS: Potrafię to sobie wyobrazić. Co stało się później?

       AR: Kiedy skończyłem dwa lata, moja matka ponownie wyszła za mąż, co bardzo mi się nie podobało. Byłem przekonany, że po tym, jak rozstała się z tamtym człowiekiem, to ja byłem mężczyzną jej życia… czy coś takiego. Wiesz, byłem wtedy tylko dzieckiem.

       RS: Ona była twoja.

       AR: Tak. A potem poślubiła kogoś innego i to mi się nie podobało. Tamtej człowiek próbował mnie kontrolować i narzucał mi żelazną dyscyplinę z powodu problemów, które sam miał w dzieciństwie. Później moja matka urodziła córkę, a mój ojczym molestował ją przez blisko dwadzieścia lat. Bił nas. Ciągle mnie bił. Myślałem, że to normalne. Aż do zeszłego roku nie miałem pojęcia, że moja siostra była molestowana. Od tamtej pory staramy się odbudować nasze życie. Wspieramy się nawzajem. Dziś moja siostra pracuje ze mną. Jest szczęśliwa i bardzo się cieszę, że widzę jej szczęście, że żyjemy w zgodzie. Mój ojciec próbował nas rozdzielić i był taki czas, że to mu się udawało.   

       RS: Gdzie jest twój biologiczny ojciec?

       AR: Jego brat zadzwonił do mnie w czasie, gdy otwieraliśmy koncerty Rolling Stones. Poprosiłem mojego brata, żeby z nim porozmawiał. Sam tego nie zrobiłem, ponieważ potrzebowałem dystansu. Od tamtej pory nie mam z nim kontaktu. Rozmawiałem jednak z moją matką, ona wreszcie coś mi na ten temat powiedziała i dowiedziałem się, że on nie żyje. Wydaje się, że to prawda. Był na najlepszej drodze do tego, żeby tak skończyć. Typ spod ciemnej gwiazdy. Było mi ciężko, bo nigdy nie chciałem być taki jak on. Musiałem być kimś w rodzaju macho. Nie mogłem sobie pozwolić na luksus bycia prawdziwym mężczyzną, bo mężczyźni są źli, a ja nie chciałem być taki jak mój ojciec. W czasie, gdy graliśmy ze Stonesami, w pewnej gazecie z Los Angeles ukazał się artykuł na temat tego, że pewnego dnia „prawda co do gniewu Axla wyjdzie na jaw”. Autorzy sugerowali, że coś ukrywam. Tymczasem ja niczego nie ukrywałem. Nie wiedziałem, co mi się przydarzyło. Nie dopuszczałem do siebie tej wiedzy. Nie byłbym w stanie sobie z nią poradzić.   

       RS: Teraz, kiedy wiesz, jak dajesz sobie radę?

       AR: To nie jest tak, że mogę sobie powiedzieć: „stawię temu czoła, koniec końców jestem mężczyzną”. Albo: „dobra, wybaczę im”. Człowiek musi to przeżyć jeszcze raz, płakać nad sobą i nad tym, co mu się stało, a dopiero potem zaopiekować się sobą i doprowadzić się do porządku. To długotrwały i bardzo osobliwy proces. Nagle dowiadujesz się, że twoja matka i twój ojciec mieli problemy, ich ojcowie i matki też mieli problemy… i tak dalej, pokolenia wstecz.   

       RS: Jak wyjść z tego błędnego koła?

       AR: Nie wiem. Trzeba znaleźć sposób na przerwanie łańcucha. Pracuję nad tym, żeby pewne rzeczy we mnie naprawić, a potem pomóc innym. Nie można uratować wszystkich. Można ich wspierać, ale uratować muszą się sami. Można dalej żyć tak, jak żyło się do tej pory, pogodzić się z tym, albo próbować zmienić swoje życie. Moje życie nadal obfituje we wzloty i upadki, ale dzięki pracy, jaką wykonałem, jest znacznie lepsze. Jestem żywo zainteresowany współpracą z organizacjami zwalczającymi przemoc wobec dzieci. Jest wiele metod pracy z takimi dziećmi i chcę wesprzeć te, w które sam wierzę.   

       RS: Rozmawiałeś z kimś na tej temat?

       AR: Odwiedziłem ośrodek dla dzieci, które padły ofiarą przemocy. Tam pewna kobieta powiedziała mi, że jedno dziecko nie potrafiło pogodzić się z tym, co je spotkało, i stawić temu czoła. Mimo że wokół było mnóstwo dzieci w podobnej sytuacji. Otóż wydaje się, że to dziecko coś we mnie wyczuło, wyczuło moje przejścia z dzieciństwa… i powiedziało coś w stylu: „Axl kiedyś miał problemy, ale teraz jest już dobrze”… a potem też zaczęło się otwierać i dziś czuje się lepiej. To jest dla mnie ważniejsze niż Guns N’ Roses, ważniejsze niż wszystko, co zrobiłem do tej pory. Było we mnie tyle nienawiści wobec ojca, kobiet i…     

       RS: Siebie samego?

       AR: Tak. Mnie samego. To doprowadzało mnie do szaleństwa. Staram się zostawić to za sobą, a światu wydaje się nie podobać, że robię to publicznie. Ludzie przyjmują postawę: „Ach, masz problem? Więc idź i go rozwiąż”. Wszyscy krewni znali elementy tej układanki, ale żaden z nich mi nie pomógł. Mam o to żal. Nie mogę o nich myśleć pogodnie. Kiedy z nimi rozmawiam, starają się mnie przekonać, żebym znosił tę sytuację, niczego nie zmieniał i nie prał publicznie brudów. Moja rodzina zrobiła, co mogła, żeby to upchnąć pod dywan. W dobrej wierze. Mój ojczym chciał chronić moją matkę i samego siebie, zakazując mówić o moim biologicznym ojcu. Poza tym próbował zatrzeć ślady tego, czego sam się dopuścił.   

       RS: Dlaczego mówisz o tym publicznie?

       AR: Po części dlatego, że tak jest bezpieczniej. Mój ojczym to jeden z najbardziej niebezpiecznych ludzi, jakich kiedykolwiek poznałem. Bardzo ważne jest to, żeby nie był obecny ani w moim życiu, ani w życiu mojej siostry. Możemy zdobyć się na wybaczenie, ale nie możemy pozwolić, żeby to zdarzyło się ponownie. Mówię o tym publicznie z wielu powodów. Wszyscy chcieliby wiedzieć „dlaczego Axl jest taki zakręcony?” i skąd biorą się moje problemy. Jest prawdopodobne, że jeżeli wszystko ujawnię, stanę się ofiarą ataków. Ludzie pomyślą, że podążam za modą. Ale będzie jasne, kto jest dupkiem, a kto nie. Myślę, że nadeszła odpowiednia pora. Wiele rzeczy się zmienia, wiele rzeczy ogląda światło dzienne. 

       RS: Dopiero niedawno zaczęło się mówić o nadużyciach publicznie. Mam na myśli molestowanie nie tylko fizyczne, ile psychiczne.

       AR: Wszyscy rodzice w ten czy inny sposób krzywdzą swoje dzieci. Nikt nie jest doskonały. Ale można pomóc dziecku wyzdrowieć, jeżeli tylko ono ma odwagę o tym rozmawiać. Może powiedzieć: „Wiesz, kiedy miałem pięć lat, widziałem to i tamto…”. Czasami noszę na scenie koszulkę z napisem: „Powiedź twojemu dziecku prawdę”. Publiczność nie wie, z czym to ma związek. Aż do zeszłego roku ukrywano przede mną, co mi się przydarzyło, kim jestem, skąd pochodzę. Odmawiano mi prawa do własnego życia. Od tamtej pory walczę. Nie jestem najważniejszą osobą na tej ziemi, ale mam prawo o siebie walczyć.

       RS: Kiedy nie ma się poczucia własnej tożsamości, wszystko wydaje się skazane na niepowodzenie.

       AR: Mój rozwój został wstrzymany, kiedy miałem dwa lata. Ci, którzy mówią o Axlu jak o dwuletnim, rozwrzeszczanym dziecku, mają rację. To dwuletnie dziecko krzyczy, wścieka się, ukrywa i nie lubi się pokazywać, nawet mnie  samemu. Bo nie byłem w stanie go ochronić. Świat go nie ochronił. Kobiety go nie ochroniły, a wręcz chciały się go pozbyć. Wiele osób myśli dzisiaj tak jak ja. Dziwnie jest się z tym mierzyć. Ostatnimi czasy zdarza mi się przebywać z trzyletnim dzieckiem. Czasami po kilku dniach to staje się dla mnie zbyt trudne. W głowie mi się kręci od zmian, które przez nie przechodzę.   

       RS: Masz na myśli syna Stephanie?

       AR: Tak. Stephanie [Seymour – przyp. red.] była dla mnie wielkim wsparciem. Pomogła mi przez to wszystko przejść. Na temat naszego związku pisze się wiele rzeczy, ale najważniejsze jest to, że przyjaźnimy się ze sobą. Uczucie jest czymś dodatkowym. Chcemy pielęgnować naszą przyjaźń i bardzo zważamy na to, jak nasza relacja może odbić się na Dylanie. Dylan jest najważniejszy, bo to on mógłby najbardziej ucierpieć, a ja nie chcę, żeby tak się stało.   

       RS: Zeszłej nocy mówiłeś o Dylanie.

       AR: Zdarza się, że przebywam z Dylanem, widzę, że coś go gryzie i staram się mu pomóc, a on boczy się na mnie, co z kolei wyprowadza mnie z równowagi. Instynkt podpowiada: „Ten chłopak to jedno wielkie utrapienie”. Jednak ktoś zwrócił moją uwagę na fakt, że on wcale nie grymasi. Po prostu nie jest pewnych rzeczy świadomy. On potrzebuje miłości. Przemyślałem to i doszedłem do wniosku, że to prawda i że mnie przydarzyło się to samo. Jeżeli chodzi o muzykę, która jest wyrazem autentycznych uczuć i emocji, to zdarza mi się coś śpiewać, a jednocześnie wiedzieć, że „im to się nie spodoba”. Albo że „to nie jest dobre”. Ale ja tak właśnie się czuję. W sposobie, w jaki zostałem zaatakowany, było coś bardzo dziwnego. Właściwie prasa pomogła mi pewne rzeczy lepiej zrozumieć. Mój ojczym też mi pomógł. Wiele się nauczyłem. To nie znaczy, że nie był dupkiem. Nie można angażować dwuletniego dziecka w rozstrzyganie, kto jest dupkiem, a kto nie. Jakaś część mnie nadal jest dwuletnim dzieckiem i każdego dnia czyni małe postępy.   

       RS: To by wiele wyjaśniało.

       AR: Chcę powiedzieć, że to nie są usprawiedliwienia. Nie próbuję niczego osiągnąć. W ostatecznym rozrachunku każdy jest odpowiedzialny za to, co mówi i robi. Ja jestem odpowiedzialny za to, co powiedziałem i zrobiłem. Czy tego chcę, czy nie. Dlatego to nie są wymówki. To są fakty, coś, z czym się mierzę. Jeżeli to dla was problem, nie przychodźcie na koncerty. Jeżeli o północy musicie być w domu, nie kłopoczcie się przychodzeniem na koncert. Wyświadczcie przysługę sobie samym. Nie mówię, że musicie przychodzić nas oglądać – nie sądzę, żebym ja sam tego chciał. Jeżeli macie problem z tym, że próbuję mierzyć się z własnym gównem, a mimo to na scenie staram się dawać z siebie wszystko, nie przychodźcie. To nie jest problem. Trzymajcie się na piep***y dystans. Bo wy wyciągacie coś w koncertu, ale ja jestem tam też dla siebie. Ciężko pracowałem. Naprawdę ciężko pracowałem. W ciągu roku odbyłem terapię, która zazwyczaj trwa siedem lat, i to pochłonęło wiele sił. Guns N’ Roses też pochłania wiele sił. Godzenie tych dwóch rzeczy wymaga wielkiego wysiłku. To, co robię, robię najlepiej, jak mogę. I ja sam jestem dla siebie sędzią, a nie publiczność.     

       RS: Jak twoim zdaniem to wszystko wpłynie na twoją twórczość?

       AR: Sądzę, że następna oficjalna płyta Guns N’ Roses, czy kolejna rzecz, jaką zrobię, przyniesie radykalną zmianę, coś, czego ludzie się nie spodziewają. Będzie wyrazem rozwoju. Nie chcę być dwudziestotrzyletnim nieprzystosowanym do świata chłopcem, którym byłem. Nie chcę być tamtym człowiekiem. 

       RS: A kim chciałbyś być?

       AR: Myślę, że podoba mi się to, kim teraz jestem. Chciałbym mieć więcej wewnętrznego spokoju. Jestem pewien, że każdy o tym marzy.




       Źródło:
http://www.rollingstone.com/music/news/axl-rose-the-rolling-stone-interview-19920402

« Ostatnia zmiana: Styczeń 07, 2018, 11:18:20 pm wysłana przez naileajordan »
"Robiłem to w najlepszej wierze, jak mówił jeden gentleman, który uśmiercił swą żonę, gdyż była z nim nieszczęśliwa."

Offline sunsetstrip

  • Garden Of Eden
  • ********
  • Wiadomości: 4402
  • 13000 postów
  • Respect: +2525
Odp: Axl Rose – wywiad dla „Rolling Stone”, 1992
« Odpowiedź #1 dnia: Styczeń 07, 2018, 08:33:56 pm »
+3
wielkie uklony dla @naileajordan - kolejny must-read pojawil sie dzieki tobie na forum

jak ktos nie zna tego wywiadu, to musi go koniecznie przeczytac, zeby pewne rzeczy o Axlu zrozumiec

Cytuj
AR: Odwiedziłem ośrodek dla dzieci, które padły ofiarą przemocy. Tam pewna kobieta powiedziała mi, że jedno dziecko nie potrafiło pogodzić się z tym, co je spotkało, i stawić temu czoła. Mimo że wokół było mnóstwo dzieci w podobnej sytuacji. Otóż wydaje się, że to dziecko coś we mnie wyczuło, wyczuło moje przejścia z dzieciństwa… i powiedziało coś w stylu: „Axl kiedyś miał problemy, ale teraz jest już dobrze”… a potem też zaczęło się otwierać i dziś czuje się lepiej. To jest dla mnie ważniejsze niż Guns N’ Roses, ważniejsze niż wszystko, co zrobiłem do tej pory. Było we mnie tyle nienawiści wobec ojca, kobiet i…

po takim dziecinstwie, takich kontaktach z matka, brakiem ojca, zachowaniem ojczyma etc.
chyba nie ma sie co dziwic ze Axl szukal swojej nowej rodziny, zwlaszcza po rozstaniu ze Steph i znalazl ja w brazyliskiej familii Lebeis. Znalazl nowa matke i cala nowa rodzine, ktorej potrzebowal, a mozna rzec ze wczesniej nigdy nie mial. W tym kontekscie jego znikniecie w latach 94-00, nie nagrywanie plyt/nagrywanie plyty latami, nie jest jakies szokujace. Szukal spokoju, moze wlasnie wtedy go znalazl i jak sam mowi GNR nie bylo najwazniejsze. Potem wrocil na scene, wydal plyte, cos mial do powiedzenia, a poza tym to jego zawod i praca.

Calkiem mozliwe ze obecnie po pojednaniu z dawnymi kumplami, nic wiecej tez nie potrzebuje. Rowniez nowej plyty GNR. Moze wlasnie czuje sie spelniony.



NAJBARDZIEJ KONTROWERSYJNY


Offline gloomy

  • Global Moderator
  • Garden Of Eden
  • *****
  • Wiadomości: 4521
  • Płeć: Mężczyzna
  • Respect: +968
Odp: Axl Rose – wywiad dla „Rolling Stone”, 1992
« Odpowiedź #2 dnia: Styczeń 07, 2018, 10:44:56 pm »
+2
Bardzo dziękuję za ten wywiad! Świetna robota!
Naje 2017: Najlepszy avatar; Dobry duszek forum; Ulubiona osoba funkcyjna

Offline Hubik

  • Zasłużeni
  • Street of dreams
  • *****
  • Wiadomości: 13803
  • Płeć: Mężczyzna
  • Edomaniak
  • Respect: +1013
Odp: Axl Rose – wywiad dla „Rolling Stone”, 1992
« Odpowiedź #3 dnia: Styczeń 08, 2018, 07:49:25 am »
+2
Wielkie dzięki za tłumaczenie!

Offline mafioso

  • Marketing
  • Street of dreams
  • *******
  • Wiadomości: 11023
  • Płeć: Mężczyzna
  • Respect: +1891
    • As Koncertowy
Odp: Axl Rose – wywiad dla „Rolling Stone”, 1992
« Odpowiedź #4 dnia: Styczeń 08, 2018, 12:34:08 pm »
+2
Dobra robota - świetnie oddaje Axlowe emocje.

Offline Śpiochu

  • Global Moderator
  • Garden Of Eden
  • *****
  • Wiadomości: 4725
  • Płeć: Mężczyzna
  • Hail to the chief!
  • Respect: +1610
    • Fotografia Marek Śnioch
Odp: Axl Rose – wywiad dla „Rolling Stone”, 1992
« Odpowiedź #5 dnia: Styczeń 08, 2018, 09:03:56 pm »
+4
Wspaniała robota! Nie moglem sie oderwac od czytania. A teraz pozwólcie że już wyjdę z kibla

"śle z komóry bom ziom"

...jeśli powyższy komentarz wydaje Ci się zbyt poważny, to zmień zdanie.

Offline naileajordan

  • Atittude
  • ******
  • Wiadomości: 1589
  • Płeć: Kobieta
  • "So never mind the darkness"
  • Respect: +1564
Odp: Axl Rose – wywiad dla „Rolling Stone”, 1992
« Odpowiedź #6 dnia: Styczeń 09, 2018, 04:34:17 pm »
+2
   Tytułem uzupełnienia przytaczam kilka słów na temat terapeutki Axla. Tekst znajduje się pod tym linkiem: http://www.remarkablehealings.com/suzie_london_bio.html. 


       Suzie London zajmuje się terapią energetyczną od 25 lat.
       W wyniku poważnego wypadku samochodowego straciła władzę w jednej ręce, a medycyna tradycyjna nie dawała jej żadnych nadziei na wyzdrowienie. To skłoniło Suzie do prowadzenia badań na własną rękę. Owocem tych poszukiwań było opracowanie własnej metody leczenia, którą sama London określa mianem Resonant Healing.
       Po wieloletniej pracy z pacjentami w prywatnym gabinecie Suzie zaczęła prowadzić szkolenia, które odbywają się w weekendy. W trakcie tychże szkoleń zainteresowani mogą zgłębiać tajniki Resonant Healing, ale także dwóch innych technik.
       London ukończyła studia z zakresu medycyny energetycznej w prestiżowej Medicina Alterniva of Colombo, na Sri Lance (szkoła została założona doktora Antona Jayasuriyę). Jest ponadto jedyną osobą z zachodniego świata, która ukończyła studia z dziedziny Deha Dhamma Medicine. Jest to licząca 5000 lat, oparta na ziołolecznictwie nauka, której celem praktycznym jest utrzymanie naturalnej równowagi organizmu.
       Dzięki zastosowaniu opracowanych przez siebie technik Suzie udało się odzyskać władzę w ręce.   
"Robiłem to w najlepszej wierze, jak mówił jeden gentleman, który uśmiercił swą żonę, gdyż była z nim nieszczęśliwa."

Offline sunsetstrip

  • Garden Of Eden
  • ********
  • Wiadomości: 4402
  • 13000 postów
  • Respect: +2525
Odp: Axl Rose – wywiad dla „Rolling Stone”, 1992
« Odpowiedź #7 dnia: Styczeń 09, 2018, 05:11:52 pm »
0
prowadzila na wlasna reke ale czy na wlasny rachunek?
NAJBARDZIEJ KONTROWERSYJNY


Offline gloomy

  • Global Moderator
  • Garden Of Eden
  • *****
  • Wiadomości: 4521
  • Płeć: Mężczyzna
  • Respect: +968
Odp: Axl Rose – wywiad dla „Rolling Stone”, 1992
« Odpowiedź #8 dnia: Styczeń 09, 2018, 05:57:35 pm »
0
W wyniku poważnego wypadku samochodowego straciła władzę w jednej ręce, a medycyna tradycyjna nie dawała jej żadnych nadziei na wyzdrowienie. To skłoniło Suzie do prowadzenia badań na własną rękę.
a nie "badań nad własną ręką"? :lol:
Naje 2017: Najlepszy avatar; Dobry duszek forum; Ulubiona osoba funkcyjna

 

Brain Mantia: Axl chciał grać z dwoma perkusistami

Zaczęty przez sunsetstrip

Odpowiedzi: 5
Wyświetleń: 571
Ostatnia wiadomość Wrzesień 19, 2017, 09:53:26 am
wysłana przez mafioso